poniedziałek, 30 maja 2016

Promocja firmy w internecie

Promocja firmy w internecie


Autor: Pani Niewiadomska


Konkurencja na rynku produktów i usług rośnie w zastraszającym tempie. Aby twoja oferta została zauważona wśród morza ofert konkurencji, musisz zadbać nie tylko o jakość swoich produktów i usług, ale i o promocję. Fakt, że oferujesz dobry produkt za konkurencyjną cenę, nie wystarczy, jeśli potencjalni klienci o tobie nie wiedzą


Niech o tobie usłyszą! Wykorzystaj Internet do promocji i budowania wizerunku swojej firmy. Jeśli chcesz przy tym szybko osiągnąć dobry rezultat, powierz to zadanie profesjonalistom. Zgłoś się w tym celu do agencji interaktywnej. Agencja interaktywna to firma zajmująca się kreowaniem i promowaniem marki firmy w Internecie. Jej specjaliści przygotują i wdrożą strategię budowania wizerunku twojej marki. Do standardowo oferowanych przez tego typu firmy usług należą:

- projektowanie stron www,

- tworzenie sklepów internetowych,

- obsługa portali społecznościowych,

- prowadzenie kampanii reklamowych w Internecie,

- pozycjonowanie i optymalizacja stron,

- marketing wirusowy,

- oraz e-PR

Stworzenie strony WWW dla twojej firmy pozwoli ci zaistnieć w Internecie. Będziesz mógł na niej zamieszczać wszelkie informacje na temat oferty i działalności twojej firmy. Poprzez jej zawartość dotrzesz do potencjalnych klientów i pozwolisz im się lepiej poznać. Jeśli dodatkowo zadbasz o jej właściwą optymalizację i pozycjonowanie, zostaniesz łatwiej zauważony.

internet

Jeśli prowadzisz firmę handlową lub chciałbyś zaoferować swoje produkty do kupienia w Internecie, zleć specjalistom stworzenie sklepu internetowego twojej firmy. Będziesz mógł dzięki niemu w łatwy sposób oferować i sprzedawać swoje produkty w zasadzie bez ograniczeń terytorialnych. Zwiększy to zdecydowanie liczbę twoich klientów.

Jeśli zależy ci również na stałym kontakcie z klientami, bo chcesz na bieżąco informować ich o oferowanych towarach/usługach ale też odpowiadać na pytania i wątpliwości, zastanów się nad profilem w mediach społecznościowych. Umiejętnie prowadzony profil pozwoli ci skutecznie budować wizerunek twojej firmy. Wspierając się zaś działaniami e-PR będziesz mógł lepiej się wsłuchać w opinie internautów i odpowiedzieć na ich potrzeby.

Skoro więc chcesz, aby twoja firma osiągnęła sukces, nie bagatelizuj roli Internetu i wykorzystaj go do swoich celów.


Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Techniki sprzedaży wykorzystywane w internecie

Techniki sprzedaży wykorzystywane w internecie


Autor: Krzysiek Skw.


Współczesny świat coraz częściej opiera się na internecie. W praktyce oznacza to iż, jeżeli czegoś nie ma w internecie, to oznacza że nie istnieje. Dlatego też tak prężnie rozwija się branża, oferująca różnorodne techniki sprzedaży, za pomocą internetu.


Musimy zdawać sobie sprawę, iż techniki sprzedaży, stosowane przez specjalistów, mają na celu spowodować nasze zainteresowanie danym produktem czy usługą. Praktycznie codziennie, podczas przeglądania atakują na różnorakie promocje, jesteśmy nieświadomi iż tak wiele osób sugeruje nam zakup danego przedmiotu. Jakie zatem techniki sprzedaży najchętniej stosuje się w chwili obecnej?

Dość rozpowszechnioną techniką sprzedaży, za pomocą internetu, jest marketing szeptany. Przeglądając poczytne fora, nawet nie zdajemy sobie sprawy, iż wielu użytkowników, którzy na nich piszą ma tylko jeden cel. Zmusić nas do zakupu konkretnego produktu, tego jaki obecnie promują. Wystarczy wczytać się w jakiekolwiek forum, gdzie jeden z użytkowników poszukuje porady, chce wiedzieć jaki produkt warto kupić. W odpowiedzi, od doświadczonych userów otrzymuje szereg porad, dostaje niezbędne informacje o danym produkcie, a co istotniejsze ma przed sobą całą listę pozytywnych cech konkretnego produktu. Widząc takie przedstawienie sprawy, szczególnie że w temacie wypowiada się stały użytkownik forum, decyduje się na zakup właśnie promowanego produktu. Jest to typowe działanie, szczególnie widoczne na licznych forach internetowych dla kobiet.

Inną techniką sprzedaży stosowaną w internecie, są wszelkiego rodzaju obniżki cenowe, atrakcyjne usługi w niskich cenach. Zakupy grupowe to tak naprawdę nic innego jak wykorzystanie jednej z technik sprzedaży. Otrzymujemy na email ciekawą ofertę, spędzenia np. weekendu w hotelu spa, taniej o 60%, niż wynosi regularna cena. Oczywiście nigdy w życiu byśmy nie pojechali, na tego rodzaju wypoczynek, jednak skoro trafia się tak tania okazja to warto skorzystać. Jeżeli z okazji zakupów grupowych, kupimy jakiś tańszy produkt czy usługę, często bywa iż nie zostanie on wykorzystany. Przykładowo jedno z biur podróży, sprzedawało vouchery na tańsze wakacje. Procentowo z obniżki skorzystało zaledwie 25%. Z drugiej strony zainteresowanie danym biurem podróży znacząco wzrosło.

Widzimy zatem, iż codziennie, w globalnej sieci, jesteśmy atakowani różnymi promocjami, ciekawymi ofertami, a wszystko to z wykorzystaniem istniejących technik sprzedaży.


Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Od dyskontu do supermarketu. Rebranding Biedronki.

Od dyskontu do supermarketu. Rebranding Biedronki.


Autor: Maria Orkwiszewska


Biedronka, największa polska sieć handlowa, przeprowadza rebranding i zmienia swoje logo. Zmiana logo w rzeczywistości jest niewielka, to raczej stylizacja niż wprowadzenie zupełnie nowego oznakowania. Prawdopodobnie, gdyby nie było to tak silnie przez firmę nagłośnione, wiele osób zmiany by nie zauważyło.


Czy w rebrandingu biedronki chodzi tylko o zmianę logo?

Sukces Biedronki

Dotychczasowa oferta Biedronki kierowana była do najszerszej grupy celowej, co pozwoliło firmie na szybki wzrost i zbudowanie pozycji lidera na rynku. Według szacunków publikowanych w Rzeczpospolitej, wartość marki Biedronka, wzrosła do 1,7 mld złotych, co daje wzrost rok do roku w wysokości 27%.

Obecnie Ogólnopolska sieć sklepów dyskontowych należąca do portugalskiego konsorcjum Jerónimo Martins jest największą siecią handlową w naszym kraju pod względem ilości obiektów handlowych. Marka posiada około 1800 sklepów. Według planów na lata 2012-14, firma chce zainwestować w Polsce kolejne 1,6 mld euro w rozwój sieci. Docelowo Biedronka do roku 2015 ma osiągnąć pułap 3000 jednostek handlowych. Obecna pozycja firmy to niewątpliwy sukces. Dlaczego marka chce zmieniać to co przynosi jej tak wielkie zyski i korzyści?

Rebranding marki

Poprawa grafiki i unowocześnienie logo to tylko kosmetyczna zmiana. W całym procesie chodzi o poważne repozycjonowanie marki. Dotychczas „bied-ronka”, była kierowana do „bied-niejszych” klientów. Była typowym dyskontem, do którego wiele osób wstydziło się chodzić. Nie wypadało pokazywać się z żółtą torbą z logo przedstawiającą czerwonego chrząszcza. Cały model biznesowy nastawiony był na niskie koszty. Dlatego w sklepach Biedronki występował dość wąski i okrojony w relacji do marketów asortyment oraz paletowa ekspozycja. Obowiązywała płatność tylko gotówką - firma unikała w ten sposób opłat na rzecz banków w związku z korzystaniem z kart płatniczych i kredytowych. Oszczędzanie odbywało się także kosztem pracowników, co doprowadziło do nagłośnionych w mediach spraw o łamanie praw pracowniczych. Rebranding ma zmienić obecne postrzeganie marki. Celem firmy jest transformacja pozycji z taniego i siermiężnego dyskontu w pożądaną przez konsumentów i cenioną sieć supermarketów. Rebranding nie polega na stylizacji logo, tylko na zmianie sposobu i rynku konkurowania marki. To nie poprawianie Biedronki, to ucieczka konkurentom i jakościowy skok do przodu.

Rebranding a cele firmy

Wzrost ilościowy nie jest kluczowym celem firmy. Celem rebrandingu jest wzrost jakościowy, poszerzenie grupy klientów o tych lepiej sytuowanych. Celem jest zabranie rynku nie dyskontom, na którym marka jest liderem, a supermarketom. Z pozycjonowania jako tani dyskont, Biedronka chce się zmienić w sieć marketów łączących bardzo dobrą jakość towarów z ich bardzo dobrą ceną. Firma planuje zmienić wystrój sklepów i uorganizowanie placówek, które mają się stać bardziej przejrzyste i dostosowane do potrzeb coraz więcej wymagających konsumentów. Planowane są także zmiany w układzie produktów. Biedronka chce rozszerzyć ofertę artykułów świeżych, takich jak: pieczywo, nabiał, warzywa oraz owoce. W wypadku marketów spożywczych, takie działanie wskazuje na chęć firmy dalszego poprawiania jakości oferty. Oglądając listę dostawców firmy, zauważymy na niej wiele znanych marek. I tak na przykład wśród dostawców mięsa i wędlin jest zarówno Krakus jak i Sokołów. To nie tylko znane marki ale i liderzy jakościowi rynku mięsnego. Pomimo faktu że oferty tych firm występują pod marką własną Biedronki, firmy te na opakowaniach informują, że są producentami dostarczanych towarów. Biedronka nie tylko zamawia u uznanych producentów, ale także bardzo restrykcyjnie pilnuje jakości dostaw. Firmie od dłuższego czasu nie zależy na tym, aby dostarczać najtańsze produkty z oferty uznanych producentów, ale najlepsze produkty w bardzo dobrej cenie. Jako lider rynkowy, firma ze względu na olbrzymią skale zamówień potrafi wynegocjować atrakcyjne warunki dostaw. W ten sposób buduje przewagę rynkową, zarówno w obszarze jakości oferty jak i oferowanych cen.

Dzięki takiej polityce ofertowej, Biedronce rośnie liczba lojalnych klientów. Wzrost firmy nie polega jedynie na masowym stawianiu sklepów, ale rozwoju opartym na zmianie postrzegania i wizerunku samej marki. W odróżnieniu od wielu marek, które zmieniają wyłącznie swoje logo, Biedronka przeprowadza dogłębny i kompletny proces rebrandingu. Zarząd firmy zrozumiał, że taniość nie jest hasłem przyszłości, że taki wizerunek się wyczerpuje, że zmieniają się potrzeby i oczekiwania konsumentów. Biedronka nie jest jedyną siecią dyskontową. Sukces marki prowadzi do tego, że wiele firm próbuje kopiować model biznesowy Biedronki. Konkurencja i wojny cenowe, jeżeli będą się nasilać, nie prowadzą do trwałego sukcesu rynkowego. Poza tym, będąc zdecydowanym liderem jako największa sieć handlowa w Polsce, marce nie pasuje „siermiężny wygląd”. Zasoby finansowe firmy pozwalają na rebranding i transformację z dyskontu w supermarkety. To zupełnie inna klasa obiektów handlowych, w których serwis, czyli układ sklepu, jakość obsługi, jakość towarów, oznakowanie i ergonomia muszą być na odpowiednim poziomie. W połączeniu z jakością produktów, taka strategia może przynieść dodatkowy wzrost efektywności firmy. Rebranding jako zmiana pozycji konkurencyjnej i rynku działania, jest naturalną koniecznością i perspektywą rozwoju lidera. Z jednej strony obecni lojalni klienci widzą w dalszym ciągu „swoją markę, z drugiej strony dla klientów bardziej wymagających firma zmienia się wraz z udoskonalaniem swojej oferty.

Totalny rebranding firmy

Każda nowa placówka firmy ma już powstawać w nowym modelu. Zmiany dla klientów są bardzo widoczne. Pojawiły się nowe kolorowe witryny. Ściany pokrywają plakaty promujące produkty. Zmieniła się ekspozycja towarów - zamiast na paletach towar jest ułożony na metalowych regałach. Układ sklepu jest czytelniejszy. Wszystkie te działania skutkują pozytywnymi komentarzami klientów.

Zmiana logo nie jest rebrandingiem marki. Jest tylko elementem lansowania tego rebrandingu. Sama zmiana logo nigdy jeszcze nie zmieniła nastawienia klientów do marki. W wypadku Biedronki mamy do czynienia z kompleksową transformacją marki z segmentu dyskontów do segmentu supermarketów. Wiele marek, o których mówi i pisze się że realizują rebranding, tak naprawdę zmieniają tylko swoje oznakowanie. Jest to w wielu wypadkach próba szybkiej ucieczki od starego wizerunku. Bez zmiany oferty, bez zmiany sposobu działania i traktowania klienta, bez lepszego zaspokajania jego potrzeb nie jest to rebranding tylko stylizacja symboliki firmowej. Klienci nauczyli się już porównywać oferty i sama zmiana logo już ich nie zwiedzie. Rebranding w wydaniu Biedronki oparty jest na wizji rozwoju rynku i dopasowanej do niego zmianie strategii biznesowej.


Jarosław Filipek

Prezes Zarządu CODES Strategie

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Perfekcyjny viral - tylko dzięki wideo

Perfekcyjny viral - tylko dzięki wideo


Autor: adermina


Dzięki zaawansowanym narzędziom, takim jak wideo, jesteśmy w stanie nie tylko tworzyć pozytywny wizerunek naszej firmy, czy marki, lecz także dostarczyć użytkownikom tego, czego szukają w Internecie najczęściej, czyli rozrywki.


Czym jest marketing wirusowy

Marketing wirusowy (ang. „viral marketing”) to forma marketingu internetowego, która działa na takiej samej zasadzie jak wirus. Chodzi o to, by konkretna, publikowana przez nas informacja była tak intrygująca i atrakcyjna dla internautów, że rozpowszechni się samoistnie w jak najszybszym czasie siłą jak największej liczby osób (oczywiście z ich własnej woli), bez nakładu środków reklamowych z naszej strony.

Użytkownicy propagują znaleziony w sieci, czy podesłany przez kogoś materiał tylko dlatego, że im się podoba i twierdzą, że warto, by „znalezisko” zobaczyła większa rzesza osób. Takie działanie bywa dla firmy niekiedy bardziej skuteczne niż zwykła reklama, którą przekazuje medium, a nie ktoś, kto jest nam bliski i mamy do niego zaufanie

Zalety z wykorzystywania marketingu wirusowego

Każde zaplanowane przez nas działania komunikacyjne mają za zadanie przybliżyć nas do zaplanowanego wcześniej celu głównego, lub zrealizować cel szczegółowy. Wykorzystując możliwości marketingu wirusowego, mamy szansę realizacji kilku celów jednocześnie. Jednym z nich może być uzyskanie lub podtrzymanie zaufania do marki a także wzmocnienie jej pozycji w świadomości odbiorców. Jako cel możemy określić także liczbę wejść na naszą witrynę internetową, wypełnionych formularzy czy pozyskanych adresów e-mail.

Skuteczny viral - jak go stworzyć

Przygotowując się do stworzenia materiału wirusowego, warto wcześniej przygotować strategię swoich działań oraz dokładnie sprecyzować, jakie cele chcemy osiągnąć. Nie należy zapominać, że internauci stanowią ogromną grupę indywidualności, którą jednak można przydzielić do odpowiednich targetów. Pamiętajmy więc, by scenariusz virala był odpowiedni do danej grupy docelowej oraz spójny z innymi elementami przekazu marki.

Marketing wirusowy może stać się także elementem kampanii teaserowej, w której nie od razu wiadomo skąd ten pomysł jest i o co w tym wszystkim chodzi. Składa się ona zazwyczaj z dwóch odsłon – pierwsza ma na celu zaciekawić użytkownika swoją nie codziennością, w drugiej natomiast podawany jest komunikat właściwy. Po stworzeniu materiału należy umieścić go w strategicznych miejscach w Internecie i pokazać światu. Aby zwiększyć moc oddziaływania filmu, należy inicjować i stymulować dyskusje na jego temat.

Promocja virali w internecie

Najpopularniejszymi miejscami, w których można prowadzić kampanię wirusową są blogi, serwisy społecznościowe, listy dyskusyjne, serwisy wideo, czy komunikatory. Do najatrakcyjniejszych należą: YouTube, Google Video,Wykop, Kciuk oraz Wrzuta. Po dodaniu materiału w te miejsca, należy następnie zająć się jego dystrybucją na portalach społecznościowych, zaczynając od dodania linka z filmikiem na naszym własnym profilu.


Więcej o tym, jak wykorzystać wideo do stworzenia skutecznego materiału wirusowego, można dowiedzieć się czytając bloga Livingmedia.

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

niedziela, 20 marca 2016

Marka: bezbarwna czy wyprana w pijarze?

Marka: bezbarwna czy wyprana w pijarze?


Autor: Agnieszka Krok


Budowanie wizerunku marki nie jest łatwe i niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę otwierając nową działalność. Jak krok po kroku skutecznie go budować? Na to pytanie postaramy sobie odpowiedzieć.


Marka: bezbarwna czy wyprana w pijarze?

Budowanie solidnego wizerunku marki nie jest łatwe. Niektórzy myślą, że wystarczy założyć firmę, a interes „sam będzie się jakoś kręcił”. Niestety, takie podejście, to prowadzenie biznesu po omacku i mimo najszczerszych chęci właściciela, może doprowadzić do upadku firmy. W czym tkwi problem? Głównie w tym, że wiele osób prowadzących biznes nie ma pojęcia, jak stworzyć dla niego idealny wizerunek. Nie wystarczy rozdanie kilkudziesięciu ulotek, czy przyklejenie kilku plakatów... Budowanie wizerunku to proces ciągły, długotrwały, wymagający stałych działań. Wizerunek marki to jej pełny obraz w oczach odbiorców, to skojarzenia, wartości i emocje. Jak prawidłowo i skutecznie go budować? Na to pytanie postaramy sobie odpowiedzieć.

Pierwszym krokiem przy budowaniu wizerunku jest przemyślana strategia. To właśnie na tym etapie musisz zadać sobie najważniejsze pytania, od których zależeć będzie sukces Twojej marki. Zastanówmy się więc nad tym, co dokładnie chcesz przekazać i do kogo Twoje działania będą kierowane. Ustal kanały i narzędzia, jakich będziesz używać do komunikacji oraz czas, w którym chcesz z tym komunikatem wyjść do swoich potencjalnych klientów. Ustalenie tych rzeczy jest bardzo istotne, bo skierowanie odpowiednich działań do właściwej grupy ludzi to połowa sukcesu. Innym, niezwykle skutecznym sposobem jest tworzenie szumu po to, by to właśnie na Ciebie klient zwrócił uwagę. Nie chcesz przecież mieć kolejnej bezbarwnej firmy...

Dlatego bardzo ważny jest przekaz, z jakim będziesz się zwracać do swoich potencjalnych klientów. Przekaz sam w sobie nie może być przeciętny, ma zaciekawić odbiorcę i zapaść jak najgłębiej w pamięć. Teraz chcę wrócić do roku 2004, kiedy to na rynek telefonów komórkowych wchodził operator telefonii komórkowej sieci Heyah. Nie wyszedł on do odbiorców z tekstem: „nasze telefony są najlepsze, a rozmowy najtańsze”, bo to powtarzał już każdy operator. Zamiast tego operator użył najpierw czerwonych łapek. To wzbudziło zainteresowanie i intrygowało. Każdy chciał dowiedzieć się, co kryje się za tajemniczym symbolem odciśniętym na chodniku. Dopiero później pojawiło się hasło reklamowe, a na końcu operator ujawnił sam produkt.

Kolejnym istotnym elementem w kreowaniu marki jest identyfikacja wizualna, czyli elementy składające się na postrzeganie (takie jak nazwa, logo oraz charakterystyczne kolory, itp.).
Każdy z nas kojarzy konkretne marki z danym logo i barwą: restauracje Mc Donald’s z to żółć
i czerwień, kawiarnie Starbucks to zielono-białe logo, a znany na całym świecie portal społecznościowy Facebook kojarzy się z charakterystycznym niebieskim kolorem. Jeśli już wybrałeś kolor, musisz pamiętać, że w podobnych barwach powinna być strona internetowa produktu czy marki oraz inne materiały reklamowe. Internet to medium rozwijające się w niesłychanym tempie. Coraz częściej pierwszym miejscem odwiedzanym przez klienta jest właśnie strona internetowa, nie sklep, czy siedziba! Warto zadbać o jej wygląd, przejrzystość oraz łatwy do zapamiętania i zarazem chwytliwy adres. Całości nie należy komplikować wyszukaną grafiką i trudną nawigacją. Obecnie stronę może stworzyć prawie każdy, jednak warto powierzyć to profesjonaliście, bo robiona przez laika może w pewnym momencie przestać działać czy okazać się np. niepodatna pozycjonowaniu.

Internet daje jednak jeszcze większe pole do popisu, jeśli chodzi o działania marketingowe. Chcąc, aby ludzie mówili o Tobie i o Twoim produkcie, skieruj działania w stronę społeczności.
Jeżeli nie jesteś pewien jak zaistnieć w sieci, najlepiej poradzić się doświadczonej agencji interaktywnej. Dlaczego media społecznościowe? Ponieważ zrzeszają ogromną liczbę użytkowników, tj. grupy znajomych, przyjaciół, którzy dyskutują, wymieniają poglądy i opinie, również te związane z markami, czy produktami. Ludzie często szukając rozwiązanie problemu, wpisują jego treść w wyszukiwarkę. Jest to dla Ciebie ogromna szansa. Portale społecznościowe, fora internetowe
i serwisy umożliwiają zamieszczanie m.in. filmów, w których możesz zaprezentować swoje usługi.
Ale to tylko jedna z wielu możliwości.

Staraj się budować wizerunek w zależności od narzędzi, które przyjąłeś podczas opracowywania strategii. Wybór ich jest ogromny. Notki prasowe, publikacje, obecność na targach
i spotkaniach branżowych, pozwolą nam stworzyć wizerunek eksperta oraz zdobyć zaufanie klienta. Niezwykle istotne są: kontakty z mediami, działania charytatywne, obejmowanie patronatów oraz sponsoring. Obok działań promocyjnych sam powinieneś brać udział w szkoleniach i się rozwijać. Dzięki temu będziesz zaskakiwać klienta coraz to nowszymi rozwiązaniami i innowacyjnymi pomysłami.

Ostatni, lecz równie istotny krok, to opinie klientów i budowanie rekomendacji. Warto zachęcić klienta do wyrażania opinii na temat Twojej firmy i polecania jej usług. Aby zachęcić klienta, można zaoferować mu nagrody za lojalność (np. zniżki, gadżety firmowe). Rekomendacje umieszczane na stronie internetowej firmy, czy też w specjalnie do tego przeznaczonych serwisach sprawią, że zwiększać się będzie liczna osób decydujących się na twoje usługi.

Podczas całego procesu budowania wizerunku marki, powinieneś monitorować działania, sprawdzać rezultaty, a następnie je usprawniać. Świat idzie z postępem, więc nie możesz pozwolić sobie na zastój. Wystarczy chwila nieuwagi, niedopasowanie oferty do panujących trendów, a twoja marka może zostać w tyle za konkurencją. Odzyskanie straconej pozycji może być bardzo trudne.




Agnieszka Krok
Fabryka e-biznesu
www.feb.net.pl

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Naming produktów spożywczych, czyli jak wyróżnić markę unikalną nazwą.

Naming produktów spożywczych, czyli jak wyróżnić markę unikalną nazwą.


Autor: Maria Orkwiszewska


Produkty nie mają szans na sukces rynkowy bez unikalnej i wyróżniającej nazwy – naming produktów jest często kluczem do efektywnego marketingu.


Stale rośnie konkurencyjność naszego rynku. Jako znaki unijne zarejestrowano już ponad milion marek. Wiele lokalnych marek planuje ekspansję poza granice naszego kraju. Na co zwrócić uwagę dobierając nazwę dla produktów?

Światowy naming znanej polskiej marki.

Żubrówka jest szeroko znana na świecie. To unikalna na skalę światową wódka. W butelce znajduje się źdźbło turówki wonnej (hierochloë odorata), trawy rosnącej w lasach Puszczy Białowieskiej. To dzięki znanej powszechnie jako żubrówka trawie, wódka ma świeży, orzeźwiający aromat z nutą rumianku i wanilii. Wódkę wyróżnia także zielono żółtawy kolor oraz zawartość kumaryny. Sprzedaż tego produktu była za oceanem zakazana, właśnie ze względy na kumarynę – związek chemiczny, który nadawał wódce unikalny smak. Stosowany w małych ilościach krzywdy nie robi, w większych może prowadzić do uszkodzenia wnętrzności. Pod koniec lat 70. amerykańska Food and Drug Administration zakazała stosowania kumaryny w całym sektorze spożywczym USA. Unikalność produktu i atrakcyjność rynku amerykańskiego zachęciła polskich specjalistów od produkcji destylatów do stworzenia wersji specjalnie na rynek amerykański. FDA w końcu wyraziła zgodę na sprzedaż żubrówki na terenie USA.

Zmienił się jednak naming produktów. Na rynek amerykański weszła jednak nowa wersja znanej marki, znana ŻU lub inaczej ZU. Naming produktów jest w marketingu niezwykle istotny. Nie usunięto napisu żubrówka, ale lansowana jest skrócona do ŻU nazwa nowego produktu. To ukłon w stronę międzynarodowej klienteli. Amerykanie zamawiając drinki podają nazwę alkoholu z jakiego mają być przygotowywane. O ile dla nas nazwa żubrówka jest prosta, dla obcokrajowców może stanowić problem zarówno w wymówieniu słowa jak i w zapamiętaniu nazwy.

Poza Polską żubrówka produkowana jest w wielu innych krajach pod różnymi nazwami, m.in. w Rosji, Stanach Zjednoczonych (Wisent Vodka), na Ukrainie, na Białorusi oraz w Czechach. Jednak naming produktów z Polski może nasze marki wyróżniać. Rada Ministrów przyjęła projekt zmiany ustawy o wyrobie napojów spirytusowych i ochronie oznaczeń geograficznych. Ważnym rynkowo aspektem nowej ustawy, są zawarte w niej zmienione wymogi dla oznakowywania polskich wódek czystych jak i smakowych. Ustawa obejmuje naming produktów. Otóż, wódki będzie można markować na etykiecie oznaczeniem geograficznym „Polska Wódka / Polish Vodka”. To duży krok w ramach lansowania naszych narodowych produktów.

Póki co naming produktów z oznaczeniem „Polska Wódka / Polish Vodka” jest dobrowolny. Jeżeli producent zdecyduje się użyć tego brandu, to wyrób musi spełniać odpowiednie wymagania jakościowe. Oznaczenie „Polska Wódka / Polish Vodka” ogranicza zakres surowców tradycyjnie stosowanych w naszym kraju do produkcji wódki. Drugim ważnym warunkiem jest to, że cały proces produkcyjny wyrobu oznakowanego „Polska Wódka/Polish Vodka” musi odbywać się Polsce. To krok który ma lansować polskie produkty narodowe, a co za tym idzie promować tak unikalne i wyjątkowe marki jak żubrówka. Ochrona wizerunku polskich produktów poprzez prawnie zabezpieczony naming produktu może tylko pozytywnie wpłynąć na ich marketing.

Naming produktów z tradycjami.

Przy produktach luksusowych, firmy starają sią się zbudować unikalną historię a ramach namingu produktów historyczną nazwę. Tak powstała nazwa koniaku Hennessy Paradis Imperial. Jas Hennessy & Co., lub prościej Hennessy, to znana na świecie marka koniaków. Marka jest od wielu pokoleń w rękach tej samej rodziny. Jas Hennessy & Co. sprzedaje rocznie 50 million butelek swoich produktów, co daje firmie około 40 percent udziałów na rynku koniaków na świecie. Można z tego wnioskować, że Hennessy jest marką popularną. Firma jednak podejmuje działania w kierunku zbudowania jak najlepszego wizerunku firmy i swoich produktów. Między innymi dlatego postanowiono opracować i sprzedawać koniak nazwany Paradis Imperial. Jednak bez dodatkowej historii taki naming produktów nie wyróżnia.

Będąc tak wielkim producentem koniaku, Hennessy jest właścicielem olbrzymiej i unikalnej kolekcji eaux de vie. Cognac Hennessy Paradis Imperial jest mieszanką bardzo rzadkich eau-de-vie z XIX i XX wieku. Mistrz Kompozycji Yann Fillioux, przedstawiciel ósmego pokolenia twórców koniaku Hennessy, stworzył mieszankę Paradis Imperial, nawiązując do dzieła swojego praprzodka Jeana Fillioux. W grudniu 1818 roku, cesarzowa Rosji wysłała zamówienie rodziny Hennessy, z prośbą o przygotowanie unikalnego koniaku na prezent dla swojego syna, cara Aleksandra I. I do tego faktu nawiązuje naming produktów nowej luksusowej linii Hennessy.

Karafka koniaku została zaprojektowana przez Stéphanie Balini, posiada etykietę pokrytą 18-karatowym złotem i jest numerowana. Z myślą o budowaniu odpowiedniego wizerunku produktu powstała wykonana z doskonałych materiałów szkatułka. W Polsce karafka z 0,7 litra Hennessy Paradis Imperial jest do kupienia za 6500 zł. Przy takiej oprawie naming produktów schodzi na plan dalszy.

Naming produktów. Polskie stereotypy nazewnicze

Naming produktów masowych często opiera się stosowanie uznanych konwencji. Babunia to „nowa” popularna nazwa marketingowa. Sukces popularności i konwencji nazewniczej doprowadził niestety do dewaluacji nazwy. Kariera marki Babunia zaczęła się w 1994 roku, gdy Fabryka Pieczywa Cukierniczego Kaliszanka zastosowała taki naming produktów i zarejestrowała znak słowno-graficzny Herbatniki Babuni. Bardzo szybko pojawiły się Dżem Babuni, Majonez Babuni, Makaron Babuni, Rogaliki Babuni, Kluseczki Babuni, Twarożek Babuni, Ser Babuni, Szynka Babuni. Zbyt wielka popularność zdewaluowała markę Babunia.

Na fali „sukcesu” przyszedł czas na rozszerzanie nazwy Babunia. Wódeczka Babuni, Wino Babuni, Nalewka Babuni… czyli wszystkopijąca Babunia. Potem babcia rozpoczęła ekspansję na inne produkty, nawet mające tak niewiele wspólnego z babunią jak Frytki Babuni czy Ketchup Babuni. Babunia w krótkim czasie zrobiła zawrotną karierę. Pojawiły się również znaki mniej trafne jak Słoik Babuni, Tradycja Babuni czy Smarowidło Babuni (ten ostatni, niebyt apetyczny, zarejestrowany w branży mięsnej). Taki naming produktów nie przysłużył się słowu „babunia”. W efekcie każdy używa takiej nazwy i marka się po prostu rozmyła.

Zła nazwa sukcesowi szkodzi, ogranicza markę, a w porównaniu z konkurentami wypada blado i niekonkurencyjnie. Warto przeprowadzać badanie, jak konkurenci chronią prawnie swoje marki na określonych rynkach i w określonych branżach. Dla uzyskania dodatkowych gwarancji możliwe jest przeprowadzenie badań rynkowych lub badań konsumenckich. Naming produktów ograniczony do czystej kreacji słów prowadzi do problemów. Użytkownicy nazwy Babunia to małe firmy, bardziej liczące na populizm niż na wyróżnienie. Naming produktów lub usługi jest decyzją strategiczną. Tylko z bezpieczną i skuteczną nazwą można zbudować silną markę. Aby to było możliwe nazwa musi spełniać dwa podstawowe kryteria: kreatywnie wyróżniać i gwarantować bezpieczeństwo. Babunia poprzez populistyczny naming produktów takich kryteriów już nie spełnia.

Naming produktów międzynarodowych.

Przykład wódki Zu pokazuje, że naming produktów może być nakierowany na ułatwienie komunikowania marki. Nie jest tak zawsze. Oto kilka przykładów, w których naming produktów stał się ograniczeniem lub wręcz uniemożliwiał wprowadzenie marki na rynki międzynarodowe.

Pee, to czasownik, który po angielsku znaczy „siusiać”. Więc Pee Cola to prawdopodobnie sikacz. Taki naming produktów zastosował producent coli z Ghany. Napój jest koloru brązowego, jak wszystkie cole. Skąd tak dziwna nazwa produktu, nie wiadomo. Innym przykładem namingu produktu z Gahny jest marka Shitto. Nazwa ta nieodparcie kojarzy się rozumiejącym nawet powierzchownie angielski z wypróżnianiem się. Sam produkt jest w konsystencji i kolorze delikatnie mówiąc „kupy”. Bo tak nazwano ostry sos pieprzowy, produkowany przez firmę Counrty Home. Nazwa tym bardziej dziwi, że nazwa producenta jest angielska.

Naming produktów stanowi także problem dla największych firm. Fresca to cytrusowy soft drink produkowany przez The Coca-Cola Company. Pierwszy raz pojawił sie na rynku w Stanach zjednoczonych w roku 1966. Fresca w języku portugalskim, hiszpańskim i włoskim znaczy „świeża”. Na pierwsze wrażenie to doskonały naming orzeźwiających napojów cytrusowych. Koncern nie używa jednak tej nazwy na całym świecie. Wyjątkiem są niektóre kraje latynoamerykańskie, jak na przykład Kolumbia i Meksyk, w których określenia „fresca” jest kolokwialną nazwą lesbijki. Zamiennie w tych krajach stosowana jest marka Quatro. Grafika opakowań, smaki i wzornictwo butelek jest niezmienne. To kolejny przykład, jak bogate i różnorodne jest słownictwo hiszpańskie, i jak ostrożnym trzeba być stosując naming produktów na rynkach międzynarodowych. To co piękne nie zawsze jest poprawne.

Kagome to nic nam Polakom nie mówiąca nazwa. Tak nazywa się japoński koncern żywnościowy. Taki sam naming produktów stosuje firma dla prezentacji swoich soków. Nazwa zaczyna dziwić dopiero tych, którzy posługują się dobrze językiem portugalskim lub hiszpańskim. W obu tych językach ”cagome” oznacza ”robię na siebie kupę” albo ”zrób na mnie kupę”. To nic, że Kagome i Cagome pisze się inaczej, oba słowa czytane są identycznie.

Podobny problem w namingu produktów ma więcej japońskich marek. Calpis to japoński niegazowany napój. Jest delikatny w smaku, mleczny, aromatyczny i lekko kwaśny. Trochę przypomina zakwaszony rozcieńczony jogurt waniliowy. Zawiera wodę, odtłuszczone mleko i kwas mlekowy. Jest produkowany w procesie fermentacji. W krajach posługujących się językiem angielskim zmieniono jednak nazwę na Calpico, jako że Calpis brzmiało jak “cow piss”. Z angielskiego można to przetłumaczyć to jako “krowie siki”. Produkt ma związek z mlekiem, ale chyba nie o to chodziło kreatorom nazwy marki. Twórcy marki nie przewidzieli jej sukcesu i eksportu, a co za tym idzie problemów jakie niesie nierozważny naming produktów. Różnice w wymowie zapisu nazwy w różnych językach mogą prowadzić do trudno przewidywalnych problemów.

Naming produktów może powodować problemy w związku z popularnością nowych nazw. AYDS to nazwa słodyczy, czekoladek, które miały za zadanie wspomagać chudnięcie. Produkty te pod marką AYDS istniały już w latach ’40. Sukces rynkowy odniosły na fali walki z otyłością w latach ’70 i w pierwszej połowie lat ’80. W drugiej lat ’80 ich sprzedaż drastycznie spadła. Jak się okazało głównym powodem była nowo wykryta choroba. Chodzi oczywiście o zespół nabytego niedoboru odporności. Chorobę tą w 1982 roku nazwano AIDS. Obie nazwy są homofonami, czyli istnieje fonetyczna tożsamość obu słów. Koniecznością stał się nowy naming produktów i zmiana nazwy na Diet Ayds w Stanach Zjednoczonych oraz Aydslim w Wielkiej Brytanii.

Naming produktów był także problemem w relacji języków angielskiego i niemieckiego. Irish Mist to produkowany w Dublinie irlandzki likier. Ma 35% zawartości alkoholu, jest trunkiem o bursztynowo-złotym kolorze i bogatym aromacie. Jego aromat buduje odpowiednio leżakowana irlandzka whiskey. Można w niej wyczuć aromaty miodu, ziół i wanilii. Wszystko brzmi pięknie, tylko że w niemieckim slangu “mist” używany jest na określenie odchodów! To poważny problem marketingowy i nazewniczy. Słowo mist było już wcześniej powodem problemów w namingu produktów i zmiany światowej marki. Chodzi o zmianę nazwy z Silver Mist na Silver Shadow dla luksusowego modelu marki Rolls Royce.

Jak się okazuje, unikalna kreacja nie daje gwarancji uniknięcia językowego faux pas. Nie warto na badaniach nazwy oszczędzać, szczególnie gdy marka ma być oferowana na wielu rynkach. Naming produktów stanowić może bowiem poważne ograniczenie. Straty wynikające z konieczności zmiany nazwy lub wycofania się marki z rynku są niewspółmiernie większe od kosztów profesjonalnych projektów nazw, obejmujących testy lingwistyczne oraz badanie zdolności rejestrowej nazwy jako słowny znak towarowy. Naming produktów to nie tylko kreacja, ale przede wszystkim zestawy gwarancji, pozwalające marce efektywnie istnieć na rynku.


Jarosław Filipek

Dyrektor Generalny ANAGRAM

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

W jaki sposób możesz wypromować swoją stronę w Internecie?

W jaki sposób możesz wypromować swoją stronę w Internecie?


Autor: BlackCatSEO


Chcesz, aby Twoja witryna pojawiała się w Google? Twój serwis ginie wśród ogromu Internetu? Istnieje kilka sprawdzonych metod, które pomogą Ci zaistnieć w sieci. Zapraszam do lektury...


Po pierwsze - dodawaj swoją stronę www do katalogów firm. Katalog firm to nic innego jak zbiór firm w jednym miejscu, sporządzony w celu pozycjonowania się w Google oraz w celu uporządkowania i wygody. W jednym miejscu znajdziesz bardzo dużo adresów firm, podzielonych na kategorie i podkategorie. Dzięki zamieszczeniu tam swojej strony poprawisz swoją pozycję w Google i uatrakcyjnisz swój wizerunek. Korzystając z tego typu promocji, możesz również zwiększyć swój PageRank, który także wpływa na Twoją pozycję. Na rynku istnieje bardzo wiele darmowych katalogów. Szczególnie wartościowe wydają się być katalogi tematycznie powiązane z Twoją stroną. Pomimo tego, że będziesz widniał wśród swojej bezpośredniej konkurencji, to z drugiej strony masz już sprecyzowany target. Masz pewność, że osoba szukająca witryn na takim katalogu szuka właśnie Ciebie i Twojej oferty.


Po drugie - możesz zwiększyć swoją pozycję w Google za pomocą artykułów zawierających link do Twojej strony. W polskim Internecie, szczególnie w ostatnim czasie, pojawiły się specjalne serwisy/ blogi, które dają taką możliwość. Ogólnie rzecz biorąc, strony umożliwiające artykuły do przedruku są darmowe. Jedynym kosztem jest sam artykuł z frazą, na którą chcemy być wyróżnieni w Google, jednak możemy go napisać samodzielnie, co da nam jeszcze większa satysfakcję.


Po trzecie – jeśli masz sklep internetowy, możesz dodać swoją ofertę do popularnych porównywarek cen. Jest to przydatne narzędzie z punktu widzenia klienta. Zainteresowany w jednym miejscu widzi, w jakich sklepach dostępny jest wybrany produkt oraz jego ceny. W bardziej zaawansowanych porównywarkach można od razu kupować produkty, co daje jeszcze większą wygodę klientowi.


Po czwarte – używaj darmowych stron z ogłoszeniami w celach promocyjnych. W Internecie istnieje stosunkowo dużo witryn, poprzez które możesz za darmo, bez utraty korzyści i w prosty sposób dodać ogłoszenie reklamujące działalność Twojej firmy. Jest to szczególnie przydatne w momencie, kiedy firma dopiero zaczyna swoją działalność i ma ograniczony budżet promocyjny/reklamowy. Takie serwisy czerpią korzyści z reklam, a Ty dzięki temu masz darmową promocję swojej firmy w Internecie.


Po piąte – możesz się reklamować na portalach społecznościowych, które z dnia na dzień mają coraz większe rzesze fanów. Poprzez stworzenie profilu Twojej firmy na takim portalu zwiększysz pole swojego manewru, więcej osób dowie się o Twojej działalności oraz wprowadzisz większy ruch na swojej stronie, a im więcej odwiedzających Twoją witrynę, tym wyższa pozycja w Google.


Podsumowując, wyraźnie widać, że współczesny Internet ma potencjał w kwestii promocji i reklamy stron www. Przy takiej formie marketingu najlepiej działać na wielu płaszczyznach. Łącząc ze sobą promocje: na portalu społecznościowym, darmowym serwisie ogłoszeniowym, porównywarce cen, katalogu firm, serwisie z artykułami do przedruku, zwiększasz swoją szansę zaistnienia w Internecie, a tym samym powodujesz powiększasz liczbę swoich odbiorców.


Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Spacery wirtualne

Spacery wirtualne


Autor: Łukasz Fojtar


Spacery wirtualne zdobywają coraz większą popularność w internecie. Czym są spacery wirtualne?.... to nowoczesna metoda prezentacji oparta na panoramicznej fotografii sferycznej.


Spacery wirtualne - nowoczesna metoda prezentacji oparta na fotografii panoramicznej, a ściślej panoramach sferycznych. Panoramy sferyczne oglądane za pomocą flashowego (lub QT) oprogramowania zamieniają je na panoramy wirtualne, które dają wrażenie przebywania w danym miejscu i możliwości rozglądania się "dookoła" oraz góra-dół. Kilka panoram wirtualnych, połączonych ze sobą przejściami w postaci strzałek lub innych, aktywnych elementów dają spacer wirtualny. Spacery wirtualne można wyposażyć w dźwięk (muzyka lub głos lektora), interaktywne mapki lub plany i szereg innych funkcji. Odbiorcami spacerów wirtualnych są najczęściej firmy, którym zależy na profesjonalnym i efektownym ukazaniu miejsc. Taka forma promocji ma za zadanie przyciągnąć jak największą liczbę klientów, turystów i odwiedzających. Z powodzeniem wykorzystują taką możliwość właściciele: hoteli, restauracji, zajazdów, oraz urzędy miast, muzea i inni. Umieszczanie spacerów wirtualnych na ich stronach staje się powoli standardem i nieodzowną częścią kampanii marketingowych, (chociażby z tego względu, że robi to coraz częściej konkurencja). Perspektywy rozwoju fotografii panoramicznej i spacerów wirtualnych są pewne, ponieważ tradycyjne zdjęcia posiadają wiele ograniczeń (jak choćby ograniczenie kadru, które nie występuje w panoramach wirtualnych). Najprawdopodobniej za kila lat, każdy szanujący się fotograf będzie miał w swojej ofercie tworzenie spacerów wirtualnych.


Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Na czym polega marketing afiliacyjny?

Na czym polega marketing afiliacyjny?


Autor: Beata Ł


Jedną z zyskujących technik marketingu internetowego jest marketing afiliacyjny. Główna zasadą marketingu afiliacyjnego jest to, że reklamodawca oddelegowuje wykonywanie działań marketingowych na wielu licznych partnerów, gwarantując im za to wynagrodzenie w efektywnościowym modelu rozliczeń.


W Internecie marketing afiliacyjny daje nowe możliwości współpracy pomiędzy Reklamodawcami a właścicielami witryn internetowych, który chcieliby emitować reklamy i uzyskać dzięki temu całkiem niezłe wynagrodzenie. Sieci afiliacyjne, oferujące możliwość emitowania właśnie tego rodzaju reklam,m są konkurencyjna alternatywą dla Google AdSense, czy też innego rodzaju sieci reklamowych.

Partnerzy (właściciele witryn internetowych) mogą emitować różnego rodzaju kreacje reklamowe – bannery, linki, itp., czy też wykorzystywać mailingowe sposoby promocji, w zależności od tego, jakie metody dopuszczane są w regulaminie danego programu afiliacyjnego. W programach afiliacyjnych promowane są zarówno produkty typu: odzież, książki, programy komputerowe, wyroby jubilerskie, kosmetyki, itp., jak i usługi finansowe, ubezpieczeniowe, czy portale społecznościowe.

W zależności od przyjętego modelu rozliczeń partner może otrzymywać wynagrodzenie za pozyskanie sprzedaży (model CPS – Cost per Sale), zapisanie się użytkownika na newsletter, czy też jego rejestrację w serwisie (model CPL – Cost per Lead) oraz za wejście unikalnego użytkownika na stronę reklamodawcy poprzez kliknięcie w banner – model CPC (Cost Per Click). W momencie, kiedy użytkownik klika w banner, czy też link, zostaje przekierowany na stronę reklamodawcy. Wówczas na jego komputerze zapisuje się cookie. W zależności od czasu trwania tego ciasteczka, jeżeli wykona on pożądaną akcję an stronie reklamodawcy, Wydawca (Partner) otrzymuje odpowiednie wynagrodzenie.


marketing afiliacyjny, zarabianie na stronie

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Powody zmiany nazwy. Naming jako element tożsamości korporacyjnej.

Powody zmiany nazwy. Naming jako element tożsamości korporacyjnej.


Autor: Maria Orkwiszewska


Zmiana nazwy to bardzo poważna decyzja biznesowa i pociągają za sobą wiele konsekwencji. Zmiana taka jest albo wynikiem rozwoju i nowej strategii firmy, albo koniecznością biznesową. Wpływ na nazewnictwo firm mają zmiany prawne lub własnościowe. Przytoczone przykłady prezentują sytuacje, w których zmiana nazwy była koniecznością.


Zmiana nazwy wynikiem zmiany przepisów

Przynależność do Unii Europejskiej niesie za sobą wiele wymogów, między innymi dotyczących nazewnictwa firm. Zdarzają się sytuacje, gdy unijne przepisy wymuszają na firmach zmianę ich nazw. Zakaz używania w nazwie firm morfemów „eco” eko” i „bio” ma pozwolić konsumentom unikać pomyłek i pozwolić na wybór produktów naprawdę ekologicznych. Rozporządzenie unijne ma na względzie troskę o dobro konsumentów, jednak dla firm które wcześniej inwestowały w swoje marki, to kosztowna konieczność. W Polsce działało ponad 200 firm, które obejmował obowiązek zmiany nazwy.

W połowie 2007 roku Unia Europejska przyjęła rozporządzenie w sprawie produkcji żywności ekologicznej i oznakowania produktów ekologicznych. W ich świetle, nazwy zawierające „bio”, „eko” i „eco” mogą nosić tylko te firmy i towary, które posiadają odpowiednie certyfikaty potwierdzające ich „ekologiczność”. Wiele firm, takich jak na przykład Ekoland, stanęło przed koniecznością zmiany nazwy. Surowce, których używa firma do wytwarzania swoich produktów, nie pochodzą z certyfikowanych upraw ekologicznych, wobec czego używanie przedrostka „eko” było nieuprawnione. Ekoland poszedł „na łatwiznę” i zmiana nazwy polegała na usunięciu litery „o”. Graficzny znak towarowy tak przeprojektowano, że w dalszym ciągu można go odczytać jako Ekoland – w miejscu litery „o” wstawiono rysunek przekrojonego owocu cytrusowego. Inaczej było w wypadku firmy Biomlek. Firma całkiem zmieniła wizerunek, jako nazwę firmy stosuje obecnie markę swojego najbardziej znanego produktu – serka Bieluch. Inny producent artykułów spożywczych, Biogran, zmienił się natomiast w markę Grana. Zmiana nazwy firmom nie zaszkodziła, co więcej rebranding wykorzystały do rozwoju i ekspansji.

Nowa wartość czy ucieczka od przeszłego wizerunku

Zarząd TPSA ogłosił, że zmienia nazwę na Orange. Już w pierwszych miesiącach 2012 roku ma zniknąć nazwa i logo Telekomunikacja Polska. Firma zmianę planowała wcześniej, o czym świadczy informacja, że w 2008 roku Grupa TP zawarła z France Telecom umowę o prawo do korzystania z marki Orange także w segmencie stacjonarnym. Wygląda na to, że po wprowadzeniu marki Orange na usługi telefonii mobilnej, marka i nazwa TPSA były sztucznie utrzymywane. Orange na rynku okrzepł, zbudował wysoką świadomość marki i pozytywny wizerunek. Obecnie marka jest gotowa do przejęcia pełnej oferty naszego narodowego operatora telekomunikacyjnego.

Dlaczego gigant telekomunikacyjny zmienia swoją nazwę? Jednym z podawanych przez firmę powodów jest informacja, że utrzymywanie dwóch marek jest kosztowne. Trochę sprzeczne z taką argumentacją wydaje się inne uzasadnienie. Już wcześniej zarząd firmy informował, że te same usługi świadczone pod marką Orange są lepiej postrzegane przez klientów niż pod nazwą TPSA. Nasuwa się wniosek, że w zmianie nazwy chodzi także o odejście od słabego rynkowo wizerunku telekomunikacyjnej firmy. Pomimo olbrzymich nakładów na reklamę, marka nie zbudowała renomy. Jeszcze inną sprawą jest systematyczna utrata rynku na rzecz telefonii komórkowej. Program usług konwergentnych nie stał się dla firmy sukcesem. TPSA kojarzona jest głównie z usługami telefonii tradycyjnej. Firma notowała także spadek liczby użytkowników swoich usług, na przykład Neostrady, na rzecz nowych abonentów internetu stacjonarnego oferowanego pod marką Orange. Co ciekawe, oferowanego na łączach TPSA.

Kolejnym argumentem za zmianą nazwy na Orange jest zjawisko wchłaniania mniejszych marek przez marki większe. Szczególnie, jeżeli duży koncern działający na rynku międzynarodowym ujednolica swoją markę oferowaną w różnych krajach. Z tego powodu w roku 2005 Idea zmieniła się w Orange, a dziś TPSA planuje przemalowanie na barwy pomarańczowe. W konsekwencji globalizacji prawdopodobnie zniknie też marka France Telecom, której znaku graficznego używała TPSA.

Poza wizerunkiem produktów niebagatelne znaczenie dla zmiany nazwy i marki ma reputacja TPSA. Telekomunikacja Polska była w naszym kraju monopolistą. Monopol i arogancja firmy wobec klientów skutkowała wzrostem ilości niezadowolonych z jej usług abonentów i lawiną skarg. Urząd Komunikacji Elektronicznej nakładał wielokrotnie na TPSA kary, a nawet groził TPSA podziałem na część hurtową i detaliczną. Nic więc dziwnego, że Telekomunikacja Polska ma głównie skojarzenia negatywne. Zmiana nazwy w takich sytuacjach jest jedynym wyjściem, aby zerwać z niechlubną przeszłością.

Na koniec warto zauważyć, że przez telefonią stacjonarną nie ma przyszłości. Bez sensu jest utrzymywanie marki i nazwy mającej tak jednoznaczne skojarzenia produktowe. Zmiana nazwy jest koniecznością zarówno wizerunkową jak i biznesową.

Zmiana nazwy jako efekt rozpadu joint venture.

Rozpada się marka Sony-Ericsson. Japoński koncern Sony zdecydował się wykupić za 1,05 mld euro 50 % udziałów należących do firmy Ericsson. W ten sposób Sony przejmie całkowitą kontrolę nad firmą. 10 lat temu, kiedy powstała spółka joint venture, firmy połączyły swoje kompetencje. Sony wniosło wiedzę o produktach konsumenckich, a Ericsson wyjątkowe doświadczenia w telekomunikacji. Było to wręcz idealne dopasowanie, a w dodatku powiązane z dynamicznie rosnącym rynkiem telefonii komórkowej. Jednak nawet tak doskonałe małżeństwo nie wytrzymało próby czasu. Rynek się zmienił - marka Sony-Ericsson pozostała w obszarze urządzeń mobilnych w tyle.

Nikogo chyba nie zdziwi fakt, że obecna jeszcze na rynku marka Sony-Ericsson zmieni nazwę na Sony. Koncern planuje zajęcie się produkcją smartfonów. Ponadto przejęcie pełnej kontroli nad firmą przez Japończyków, da firmie możliwość szybkiej integracji innych urządzeń elektronicznych pod nazwą Sony: tabletów, komputerów osobistych, telewizorów. Wizerunek i nazwa Ericsson do tego konceptu nie pasują. Wiodąca rolę w tych produktach mają oferty i technologie markowane nazwą Sony. Miniaturyzacja, wyjątkowa jakość i wzornictwo są atrybutami japońskiej marki.

Joint venture Sony i Ericssona pojawiło się na rynku w 2001 roku. Ostatnich kilka lat w życiu podwójnie nazwanej marki nie można uznać za sukces. Obecnie firma pod nazwą Sony musi się skupić na promocji nowych rozwiązań i odbudowie swojej reputacji. Sony jest silnym graczem na rynku elektroniki użytkowej. Ta pozycja jest doskonałą odskocznią do rozpoczęcia ponownej walki o rynek urządzeń mobilnych.

Nowe życie „złej” marki, nowa nazwa na przyszłość

Degussa to nazwa i marka międzynarodowego niemieckiego przedsiębiorstwa z branży chemicznej i metalowej. Nazwa firmy jest akronimem: Deutsche Gold und Silber Scheide Anstalt. Obecnie firma jest trzecim co do wielkości przedsiębiorstwem chemicznym w Niemczech. Jest także największym światowym producentem wyspecjalizowanych chemikaliów. W roku 2007 firma zmieniła jednak nazwę na Evonik Industries AG. Powodem zmiany był między innymi historyczny wizerunek marki.

Degussa powstała na bazie fabryki chemikaliów. Działalność firma rozpoczęła w 1843 roku. W latach 20. XX w. firma wykupiła większości udziałów w niemieckiej spółce akcyjnej Degesch. Dla historii marki jest to o tyle istotne, że Degesch w czasie II wojny światowej produkowała Cyklon B, gaz stosowany do mordowania ludzi w komorach obozów koncentracyjnych. W obozie w Auschwitz Cyklon B uśmiercił miliony Żydów. W piecach Degussy przetapiano również złote plomby wyrwane z zębów pomordowanych Żydów. W 2003 roku wybuchł skandal związany z udziałem firmy Degussa w projekcie budowy Pomnika Pomordowanych Żydów Europy. Firma była bowiem dostawcą środka Protectosil, służącego do ochrony pomnika przed graffiti. W związku z udziałem Degussy w prześladowaniach Żydów, organizacje żydowskie zażądały wycofania koncernu z udziału w inwestycji. Sprawa nabrała rozgłosu a nazwa marki złej renomy.

W 2003 udziały Degussa AG nabyła korporacja RAG Aktiengesellschaft. W kolejnym kroku w 2007 koncern wyodrębnił dział chemiczny tworząc nowe przedsiębiorstwo Evonik Industries AG. Degussa stała się jego działem i prowadzi działalność pod nazwą Evonik Degussa GmbH. Prawdopodobnie i ten zapis nazwy zniknie z dokumentów firmy. Na stronach Evonic trudno znaleźć historię marki Degussa i nikt oficjalnie nie mówi o powodach zmiany nazwy. Nowa nazwa nie ma negatywnych skojarzeń, a piłkarze obecnego mistrza Niemiec - Borussi Dortmund, z dumą noszą na piersi logo sponsora, którym jest Evonic.

Super nazwa dla nowych linii lotniczych

Powstały nowe linie lotnicze. Przyjęły bardzo piękną i polską nazwę LATAM! Nowa firma powstała poprzez fuzję dwóch południowo amerykańskich linii lotniczych. Akcjonariuszami LATAM są chilijskie linie lotnicze LAN oraz brazylijski przewoźnik TAM. Akcjonariusze LAN zaaprobowali przejęcie za sumę 3 mld dolarów brazylijskiej linii lotniczej. W efekcie tej decyzji powstaje największy przewoźnik lotniczy w Ameryce Łacińskiej. Co więcej, będzie to 10 największa na świecie linia lotnicza. Pełna nowa nazwa firmy to LATAM Airlines Group.

Dochody obu linii lotniczych wyniosły w sumie ponad 11 mld dolarów. W ramach fuzji uzgodniono podział funkcji. Dyrektorem naczelnym LATAM zostanie naczelny dyrektor linii LAN Enrique Cueto. Natomiast a prezesem będzie dyrektor wykonawczy brazylijskich linii TAM Rolim Amaro. Firma LATAM będzie zatrudniała prawie 40 tysięcy pracowników oraz obsługiwała ponad 40 mln pasażerów rocznie. Linie mają oferować 115 kierunków połączeń w 23 krajach.

Zmiana nazwy była absolutnie oczywista. Żadna ze stron nie zgodziła by się na przyjęcie nazwy drugiej firmy. Kontaminacja, czyli połączenie obu nazw, stworzyło zupełnie nowe słowo, które na świcie jest neologizmem. Dla Polaków nowa nazwa linii lotniczych ma konkretne i zrozumiałe znaczenie. I choć nie było to intencją twórców, nasz rodzimy LOT zyskał bardzo poważnego konkurenta wizerunkowego.

LAN jest wiodącym przewoźnikiem w Ameryce Łacińskiej. Obsługuje 76 połączeń na całym świecie. LAN oczywiście jest liderem na lokalnym rynku chilijskim. W roku 2010 LAN przejął kolumbijskie linie lotnicze AIRES. LAN Airlines posiada 125 samolotów pasażerskich i 14 samolotów frachtowych. Firma należy do OneWorldAlliance.

TAM Airlines łącznie z marką Pantanal operuje bezpośrednio na 45 kierunkach w Brazylii oraz 18 w Ameryce Południowej, Europie i Stanach Zjednoczonych. Firma powstała w roku 1976 i ma obecnie prawie 40% udziałów na brazylijskim rynku lokalnym. Flota TAM to 145 samolotów. TAM jest członkiem Star Alliance, największego lotniczego aliansu na świecie.

Zmiana nazwy na markę wspólną. Tożsamość grupowa.

Polfactor to jeden z liderów branży faktoringowej w Polsce. Ostatnio firma należąca do Grupy BRE Banku, ogłosiła informacje o zmianie nazwy na BRE Faktoring. Taki rebranding nie był zapewne inicjatywą samej firmy, a elementem budowania wizerunku całej grupy BRE Banku. Koncepcja ujednolicania nazewnictwa i identyfikacji graficznej spółek ma uzasadnienie w strategii i polityce marki nadrzędnej. Misja BRE Faktoring nie ulegnie zmianie. Rynek i obszar działania prawdopodobnie też nie. Co zmieni zmiana nazwy? Dlaczego grupa finansowa ujednolica swój sposób prezentacji?

Polfactor nie miał ani złego wizerunku ani złej pozycji rynkowej. Według zarządu firmy, zmiana nazwy spowoduje zwiększenie świadomości klientów BRE Banku ofert poszczególnych spółek grupy. Czyli BRE Bank liczy na synergie zakupowe wewnątrz grupy. Drugim powodem zmiany nazwy podawanym przez firmę, jest ułatwienie koordynacji działań promocyjnych. Jedną markę łatwiej lansować niż marki kilku firm działających pod różnymi nazwami. Wniosek jest z tego taki, że to Grupa BRE Bank ma interes i chce budować swoją silniejszą pozycję jako cała organizacja. Teoretycznie używanie w nazwie firmy factoringowej marki BRE Bank powinno zwiększyć jej znajomość, bo BRE Bank jest marką szeroko rozpoznawalną, a usługi factoringowe bezpośrednio kojarzone z finansami korporacyjnymi. Korzyść BRE Banku będzie wynikała ze zjednoczenia wszystkich spółek pod jedną marką. Nasuwa się jeszcze jeden wniosek, że BRE Bank nie planuje w najbliższym czasie sprzedaży swojej spółki factoringowej. Co więcej, nabyło resztę udziałów i stało się jedynym udziałowcem spółki. Integracja wizualna i zmiana nazwy jest naturalną konsekwencją tej zmiany.

Wymuszona zmiana nazwy wcale nie musi źle wpływać na wizerunek i pozycję rynkową firmy. Co więcej, nowa nazwa jest motywem do zbudowania nowego, lepszego wizerunku. Powszechny opór, jaki budzi myśl o zmianie nazwy, nie znajduje w przytoczonych przykładach uzasadnienia. Tam gdzie marka i nazwa są dobrze kojarzone i wspierają firmę w realizacji celów biznesowych oraz rynkowych nikt nie myśli o zmianie nazwy. Tam gdzie jest to koniecznością prawną lub wynika ze zmian własnościowych, potrzeba zmianę wykorzystać. Tam, gdzie negatywne skojarzenia z nazwą nie wspierają działań firmy ale nie ma konieczności prawnych, warto zastanowić się czy straty nie są większe od kosztów przeprowadzenia zmiany. W biznesie bardziej liczy się przyszłość niż tradycja i sentymenty.


Jarosław Filipek

Dyrektor Generalny ANAGRAM

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Poznaj sekret dobrego tekstu na stronę internetową

Poznaj sekret dobrego tekstu na stronę internetową


Autor: Irena Zobniów


Współcześnie Internet całkowicie zdominował nasz życie zarówno to prywatne, jak i zawodowe. Za jego pomocą szybko i wygodnie odnajdujemy potrzebne nam informacje, a dla wielu z nas biznes internetowy jest podstawowym sposobem zarobkowania.


Niezwykle ważnym elementem jest więc strona internetowa lub serwis, za pomocą których będziemy mogli komunikować się z potencjalnymi klientami. Ponieważ użytkownik odwiedzając daną witrynę ocenia jej wartość w zaledwie kilka sekund warto wiedzieć, jak przyciągnąć jego uwagę, aby zainteresował się znajdującą się w serwisie treścią. Obecnie szeroko rozumiany marketing internetowy jest takm mocno rozwinięty, że nie sposób pominąć go w trakcie projektowania i tworzenia stron WWW oraz przygotowywania na nie treści.

Nagłówki i tytuły

Sugestywny nagłówek bądź tytuł to klucz to sukcesu. Ich zadaniem jest przekazanie istotny tekstu, którego on dotyczy w sposób zachęcający do dalszego czytania.

Może dotyczyć zarówno nazwy strony, treści informacyjnej znajdującej się na stronie głównej,jak również różnego rodzaju aktualności, czy informacji o ofertach handlowych itp. Na potrzeby niniejszego artykułu pominę kwestię nagłówka jako nazwy strony i skupię się na nagłówkach w treści strony.

Nagłówek lub tytuł powinien być krótki i mieć formę tzw. call to action. Co to oznacza? Weźmy dla przykładu trzy zdania:

„W naszym sklepie rozpoczęły się zimowe promocje”

„sprawdź zimowe promocje w naszym sklepie”

„Sprawdź zimowe promocje w naszym sklepie już teraz!”

W pierwszym przypadku zdanie nie specjalnie zachęca nas do skorzystania z oferty. Tekst nie zwraca naszej uwagi i zapewne nie zatrzymamy na nim dłużej swojego wzroku. W drugim przypadku tekst nawołuje do działania. Słowo „sprawdź” zachęca nas do tego, aby zobaczyć ofertę. Natomiast w trzecim zdaniu widzimy na końcu frazę „już teraz”. Podobnie jak w drugiej wersji nagłówka, mamy tu zachętę do działania „sprawdź” oraz nacisk na to, aby zrobić to „już teraz”. W ten sposób użytkownik jest podwójnie zmotywowany do działania. Informujemy go, aby nie czekał dłużej i już teraz przejrzał naszą ofertę.

Nagłówek stanie się bardziej zauważalny jeśli najważniejsze jego elementy zostaną w odpowiedni sposób wyeksponowane. Możemy na przykład zastosować kursywę lub pogrubienie, np.:

Sprawdź zimowe promocje w naszym sklepie już teraz!”

Stosując powyższe wskazówki z pewnością nasze nagłówki zwrócą uwagę odwiedzających naszą stronę i zachęcą ich do dalszego przeglądnięcia oferty,którą dla nich przygotowaliśmy. Warto zatem pamiętać, że skuteczny copywriting to nieodłączny element każdej strony i serwisu internetowego i od niego w głównej mierze zależy sukces naszej działalności w sieci.


Irena Zobniów
irena.zobniow.com

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Nowa twarz YouTuba

Nowa twarz YouTuba


Autor: Tomasz Galicki


Sieci społecznościowe wkraczają wszędzie. Największe portale chcą być bardziej na czasie, co w praktyce oznacza być „bardziej social media”. Ostatnio uległ temu raczej nie kojarzący się z typowym portalem społecznościowym YouTube. Przyjrzyjmy się co dobrego, a co gorszego, z tej przemiany wyszło.


Jak wiadomo, YouTube należy do Google. A w związku z tym, że niedawno wprowadzony Google+, który miał zmieść Facebooka i przejąć jego fanów nie odniósł większego sukcesu, Google postanowiło zadziałać na innym polu, przy okazji dodatkowo promując Google +. Bo nowy YouTube jest silnie zintegrowany z Google +, co wielu jego użytkownikom niekoniecznie może się spodobać. Ogólnie można powiedzieć, że YouTube jest kolejnym punktem wielkiej odnawiającej ofensywy Googla – najpierw zmiana w Google Docs, później nowy wygląd Gmaila, aż wreszcie przyszła kolej na YouTube. Widać Googlowi konkurencja z Facebookiem motywacyjnie służy.

Reklama na facebooku wciąż wiedzie prym, więc Google oczywiście nie zaryzykowałby tak bardzo, aby YouTuba połączyć jedynie z Google+ - możemy go zintegrować także m.in. z Facebookiem czy Twitterem. Jednak nowy layout strony, nieco przypominający Google+ nie pozostawia wątpliwości, kto tu jest najważniejszy. Ogólnie rzecz biorąc - większość zmian zdecydowanie przemawia na plus. Przede wszystkim uproszczono nawigację – nowy interfejs pozwala łatwiej znaleźć filmiki, a kanały są bardziej wyróżnione – Google stawia na większą promocję kontentu stworzonego przez użytkowników, a więc takie działanie ma jak najbardziej sens.

No i oczywiście mocno pogłębiona funkcja społecznościowa. Jeśli jakiś filmik zainteresuje naszych znajomych z Facebooka czy Google+ dowiemy się o tym błyskawicznie, a także możemy szybciej i sprawniej podzielić się owym znaleziskiem. Ważne w tym kontekście są „Circles” - ciekawa funkcja Google+, która umożliwia segregowanie znajomych w różne, wybrane lub tworzone samodzielnie – kręgi. Teraz kręgi zostały zastosowane także na YouTube. Dzięki nim mamy do dyspozycji zupełnie nową funkcję, która umożliwia automatyczne udostępnianie osobom z naszych kręgów subskrybowanych przez siebie kanałów.

Kolejnym elementem „uspołeczniającym” YouTube jest zmiana w środku ekranu – teraz na pierwszym planie serwisu widnieją filmy wybierane domyślnie, ale oczywiście nieprzypadkowo – są to filmiki, jakie udostępniają nasi znajomi z Google+. Oczywiście zmieniając kategorię lub subskrypcję, treści w niej zawarte natychmiast zamienią się na miejsca z tymi z Google+. Natomiast prawa strona ekranu także jest spersonalizowana – znajdują się na niej filmy wybrane przez YouTuba na podstawie naszej historii oglądania.

Jednak, jak to w życiu – nie wszystko może być idealne. Przede wszystkim z nowym YouTubem pojawiają się pewne problemy techniczne. Użytkownicy przeglądarki Opera zauważyli zapewne już nie raz, iż Google nie jest z nią kompatybilny. Nie inaczej z nową wersją YouTuba – otwierając go w Operze nie mamy niestety dostępu do wszystkich opcji, gdyż zwyczajnie się nie wyświetlają.

Nie można być też arcyoptymistą w kwestii nowych funkcji społecznościowych – już teraz nie podobają się one niektórym użytkownikom, którzy deklarują tęsknotę za „starym” YouTubem. Większość z nas ma już konto na Facebooku lub innym portalu społecznościowym, w związku z tym i tak jesteśmy na bieżąco z treściami, jakie udostępniają nasi znajomi, a zasypywanie nas nimi jeszcze dodatkowo na YouTubie może irytować, z drugiej strony – social media marketing w przyszłości będzie miał tu prawdziwe pole do popisu. Jak więc widzimy nowy YouTube ma wiele ciekawych funkcji i jego wygląd również zasługuje na pochwałę, jednak pewne kwestie dotyczące funkcjonalności serwisu wymagają jeszcze dopracowania.


Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Niezbadane są wpływy social media?

Niezbadane są wpływy social media?


Autor: Tomasz Galicki


Niepokojące wyniki badań dla wszystkich marketingowców i specjalistów social media opublikował portal newmediaandmarketing.com. Ich wyniki mówią jasno – wpływu działań social media na współczynnik ROI (oznaczającego realny zarobek, z ang. return on investment – zwrot z inwestycji) nie da się zmierzyć.


Niestety, za poparciem tej tezy stoi pokaźny procent doświadczonych marketerów – dokładnie 72% twierdzi, że nie da się tego zmierzyć lub nie wie, w jaki sposób.. Co na to specjaliści zawodowo zajmujący się social media marketingiem? Czy rzeczywiście oznacza to, że badanie wpływu działań social media jest niemożliwe, czy może zbyt trudne lub wciąż nie ma do tego odpowiednich narzędzi?

Odpowiedź na wszystkie powyższe pytania brzmi: nie. Zbadanie osiągniętego ROI po danych kampanii na facebooku lub innym portalu nie jest niemożliwe, ale może stanowić wyzwanie i wymagać poświęcenia temu zadania czasu i pracy oraz konsekwentnego stosowania pewnych metod. Przede wszystkim należy wyznaczyć sobie konkretne cele, współgrające z wybraną przez nas strategią kampanii. Jeśli głównym z założonych celów będzie właśnie osiągnięcie określonego współczynnika ROI, będziemy mogli go na bieżąco monitorować i kontrolować. Jak?

Przede wszystkim na samym początku, zanim jeszcze przystąpimy do wyznaczania celów, należy odpowiedzieć sobie na kilka podstawowych pytań dotyczących naszego produktu, przekazu, jaki chcemy tworzyć, a także tego, kim są nasi odbiorcy. Warto przemyśleć sobie, czy to, co mamy do zaoferowania zainteresuje ich, a jeśli nie, to jak to zrobić. Czy moja marka/produkt/usługa jest na tyle ważna, aby odbiorcy chcieli wchodzić z nią w aktywne, zaangażowane relacje? Jak chcę wykorzystać kanał social media do osiągnięcia wyznaczonych celów? I przede wszystkim – czy posiadam wystarczającą wiedzę oraz narzędzia, aby na bieżąco sprawdzać i mierzyć efekty moich działań social media w internecie oraz ich wpływ na rzeczywisty ROI?

Rzetelne i dokładne odpowiedzi na powyższe pytania pozwolą nam na podjęcie pierwszego kroku, który umożliwi przyszłe zmierzenie ROI – zdefiniowanie wskaźników. Za ich pomocą można monitorować, czy rzeczywiście i w jakim stopniu osiągamy wyznaczone cele. W aspekcie ich mierzenia istnieją dwa podejścia. Pierwsze z nich mówi o jakościowym mierzeniu wpływu działań social media - sprawdzaniu emocji, komunikacji, podejścia, czyli w skrócie tego, co inni mówią o naszej marce, produkcie czy usłudze i jakie uczucia temu towarzyszą.

Drugie podejście ilościowe skupia się na znalezieniu bardziej twardych danych, które mogą opisać stosunek odbiorców do marki i policzyć rzeczywisty wpływ działań social media na sprzedaż. Ocena tego wpływu często uznawana jest za niemożliwą, gdyż nie wszystkie kampanie social media się do tego nadają. I to z winy ich twórców – w przypadku źle prowadzonych, niekonsekwentnych kampanii, w których komunikacja z odbiorcami prowadzona jest w sposób chaotyczny rzeczywiście trudno jest zidentyfikować wpływ działań social media, jeśli w ogóle on w takim wypadku ma miejsce. Natomiast dobra jakościowo kampania nie powinna sprawiać większych trudności i policzenie wpływu na ROI jest jak najbardziej możliwe.

Dokładne sposoby mierzenia ROI wymagają na pewno oddzielnego artykułu, gdyż jest ich wiele. W skrócie należy powiedzieć, iż na pewno nie polega to na prostym zliczaniu fanów – nic to nam tak naprawdę nie powie. Sposób mierzenie powinien jasno wynikać z omówionych wcześniej celów naszej kampanii – a więc zupełnie inaczej będzie to wyglądać w przypadku kampanii prosprzedażowych, a jeszcze inaczej – gdy naszym celem jest zaangażowanie użytkowników i pozyskanie ich długofalowej lojalności. W drugim przypadku pewien obraz sukcesu bądź porażki kampanii może dać nam badanie komentarzy i interakcji. Klucz to gruntowna, rzetelna analiza.


Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Fanpage Trender – nowy wymiar mierzenia statystyk dla Facebooka

Fanpage Trender – nowy wymiar mierzenia statystyk dla Facebooka


Autor: Tomasz Galicki


Większość firm, zarówna mniejszych jak i większych, ma dzisiaj swoją oficjalną stronę na Facebooku. I nawet, jeśli może to tak wyglądać, nie istnieje ona dla przyjemności, ale dla budowania wizerunku i zwiększenia zysku marki.


Do tej pory nie istniało żadne narzędzie dokładnie mierzące ruch na fanpage'ach. Aż do niedawna – oto Fanpage Trender.

To, że kampania na Facebooku powinna być starannie i dokładnie rozplanowana, wie zapewne każda dobra agencja social media. Opracowanie strategii musi być przeprowadzone dokładną analizą rynku – np. co dzieje się na fanpage'ach konkurencji. Do tej pory zadanie to wymagało albo samodzielnego ślęczenia nad „tablicą”, obserwowanie wpisów i komentarzy albo korzystanie z innych, nie dość dokładnych i zadowalających narzędzi. Wszystko zmieniło się wraz z powstaniem Fanpage Trendera. Właśnie to narzędzie gwarantuje nam otrzymanie dogłębnej analizy i rzetelnej informacji na temat ruchu na fanpegu własnym i konkurencji.

Jak to działa? Jak sama nazwa wskazuje, Fanpage Trender mierzy „trendy” na instytucjonalnych profilach firm, marek czy produktów na Facebooku. Dokonuje tego zbierając i poddając dokładnej analizie dane dotyczące aktywności fanów lub najchętniej komentowanych treści. Działalność tego narzędzia nie jest niczym ograniczona, nie można się przed nim „zabarykadować”. Każda strona publiczna może być poddana analizie Fanpage Trendera, co umożliwia np. porównywanie kilku fanpage'ów z określonej branży.

Stworzenie takiego narzędzia jak Fanpage Trender jest oczywiście wynikiem pracy specjalistów z branży, a dokładnie z firmy SmartNet. W zespół firmy wchodzą zarówno umysły ścisłe, jak i humanistyczne – informatyk oraz doktorzy nauk społecznych. SmartNet od lat prowadzi badania zachowań internautów, więc łatwo się domyślić, skąd wziął się pomysł na powstanie urządzenia do dokładnego mierzenia tych tendencji. Zespół przyznaje także, że zarówno specjaliści od social media marketingu, jak i ich klienci wielokrotnie sugerowali potrzebę posiadania narzędzia tego typu. Ponadto wyniki wielu badań sugerowały, iż większość marketingowców twierdzi, że działań social media nie da się zmierzyć i to właśnie jest największą przeszkodą, przez którą tak wiele firm w ogóle rezygnuje z działalności social media. Fanpage Trender całe szczęście udowodnił obu stronom, że da się. Miarą sukcesu i popularności narzędzia jest z pewnością fakt, iż w przez pierwsze kilka miesięcy istnienia korzystało z niego ponad kilkaset osób.


Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Facebook dla każdej firmy?

Facebook dla każdej firmy?


Autor: Tomasz Galicki


Na wznoszącej się fali popularności Facebooka każdy, kto może chce zaistnieć na jednym z najpopularniejszych portali społecznościowych. W efekcie wiele firm zakłada stronę za pomocą niekoniecznie odpowiednich metod – spontanicznie, nieprofesjonalnie, nie oglądając się na pomoc specjalistów. Czy każdy na Facebooku istnieć może?


To, że Facebook kusi, jest jak najbardziej zrozumiałe. Liczby mówią same za siebie – konto na tym modnym portalu ma już ponad 7 milionów Polaków. I galopująco wzrasta liczba reklamujących się na nim firm, marek i usług, a co za tym idzie – wydatków na działania social media. Nie wszyscy jednak fundusze na zatrudnienie dobrej agencji social media mają, więc albo zatrudnia się wówczas najtańszą, albo - „zrób to sam”. Co zwykle nie wychodzi najlepiej. Powstają wtedy właśnie nieprzemyślane, niekompletne strony firmowe na facebooku, które bardzo szkodzą wizerunkowi firmy, a przy dużym szczęściu – nie dają nic. Tak jakby ich właściciel kierował się zasadą „aby było”. A o resztę się nie dba – ani o strategię, ani o komunikację z fanami. Co jest grzechem niewybaczalnym.

Eksperci mówią jasno – strona firmowa na facebooku to dzisiaj konieczność. Ale chcąc dobrej jakości i sukcesów trzeba słono zapłacić, a nie każdego na to stać, szczególnie w dobie kryzysu. Jakie są koszta? Cena stworzenia prostej kampanii na facebooku i jej miesięcznego utrzymania to około 1000 złotych. Te bardziej skomplikowane, długofalowe kampanie, które projektują największe agencje dla dużych firm mogą kosztować nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie. Jednak nie każda agencja, która każe sobie dużo płacić za kampanie na facebooku niekoniecznie ma na uwadze nasze dobro. Wybór agencji to ważna decyzja.

Dlatego warto zapoznać się i poczytać o sposobach kreowania kampanii na facebooku, aby wiedzieć z kim mamy do czynienia, kiedy taka oferta jest nam proponowana. Nie musimy znać szczegółów, ale warto dysponować przynajmniej podstawową wiedzą aby rozpoznać profesjonalistę i odrzucić oszusta. Dobra agencja zawsze będzie miała na uwadze specyfikę naszej firmy i podejmie najbardziej optymalne działania promocyjne. Czyli takie, w przypadku których efekty będą wprost proporcjonalne do zainwestowanych kosztów. Często jednak o tej ważnej zasadzie zapominają i agencje i sami klienci, którzy chcąc za wszelką cenę zaistnieć na facebooku aby „być trendy”, przeznaczają na to koszty pieniężne zupełnie nieadekwatne do efektów.

Dlatego każda firma powinna otrząsnąć się z „szału facebooka” i pamiętać, że budżet przeznaczony na reklamę na tym portalu powinien być tak samo przemyślany i dokładnie rozplanowany, jak w przypadku reklamy w tradycyjnych mediach – gazecie, telewizji itp. Błędem jest także zbyt duża wiara w facebooka – chociaż wielu się tak wydaje, nie ma on mocy cudotwórczej i nie gwarantuje sukcesu, szczególnie natychmiastowego. Służy on bardziej budowaniu wizerunku niż bezpośredniego przełożenia się na konkretną sprzedaż. O ile duże firmy dysponujące większym budżetem na eksperymenty z tym portalem z pewnością mogą sobie pozwolić, o tyle przeznaczenie całego budżetu na „moc sprawdzą” facebooka przez małą firmę może być niestety prostą drogą do bankructwa.

Podsumowując – rzeczywiście konto na facebooku może mieć każda firma, jednak musi mądrze zarządzać swoim budżetem, aby kampania się opłaciła. Niewielkie firmy, które mają mało pieniędzy na kampanie też mają swoją szansę i mogą stworzyć może i prostą, ale za to konsekwentną i na bieżąco monitorowaną komunikację z klientem na facebooku, która wizerunkowo na pewno opłaci się dla rozpoznawalności firmy i pozytywnych emocji względem niej. Dobre starania doceni każdy fan i z pewnością nas „polubi”.


Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Co działaniem social media jest, a co nim nie jest...

Co działaniem social media jest, a co nim nie jest...


Autor: Tomasz Galicki


Temat social media wciąż jest podejmowany na nowo, budzi emocje, intryguje. Zwłaszcza, że wiele osób, które nigdy SM w praktyce zajmować się nie powinny, podejmuje takie działania psując wizerunek rzetelnym firmom społecznościowym.


Co jest prawdziwym działaniem social media, a co już zwykłym spamowaniem? Gdzie jest granica?

Oprócz szeroko zakrojonych kampanii social media na Facebooku, Twitterze czy innych portalach społecznościowych, popularne jest także dodawanie linków promujących produkt lub usługę w różnych innych miejscach w sieci. Jednym z najpopularniejszych polskich serwisów, do których dodawana jest ogromna ilość linków jest powszechnie znany wykop.pl. Wykop jest lubiany wśród użytkowników internetu i kojarzony jako miejsce, w którym znaleźć można wiele informacji, ciekawostek, pomysłów, śmiesznych akcji czy humorystycznych filmików. Odpowiednikiem naszego wykopu jest popularny w USA Digg.com.

Jednym z najpopularniejszych sposobów zdobywania „ruchu” na stronach czy też pozyskiwania fanów dla portali społecznościowych jest umieszczanie znalezionych lub własnych treści, które poruszają najbardziej aktualne – chwytliwe, kontrowersyjne lub zabawne – tematy. Dodaną treść należy oczywiście opatrzyć odpowiednim tytułem, aby została zauważona. Kluczowa jest ponadto kwestia stworzenia dobrego i wytłumaczalnego powiązania pomiędzy zamieszczoną treścią a tematyką naszej strony, fanpage'a czy też prowadzonego bloga. Nierzetelni pseudo-pozycjonerzy często niestety zamieszczają na Digg.com czy Wykop.pl treści, które nie są wcale lub bardzo luźno powiązane z page-landingami, do których się odnoszą. W ten właśnie sposób spamerzy zaśmiecają sferę internetu sprawiając, że tracimy zaufanie do rzetelności pewnych serwisów.

Nie do końca sprawiedliwymi metodami, które są coraz częściej wykorzystywane jest kupowanie głosów oraz ich wymiana. Metody te są szczególnie niesprawiedliwe dla każdej dobrej agencji social media. Zatrudniani przez nią specjaliści wkładają dużo pracy w projekt i wprowadzenie w życie kampanii opierających się o długofalowe pozyskiwanie fanów w oparciu o uczciwe, etyczne metody, a nie ich „kupując”.

Nieetyczne metody reklamy w internecie przybierają także bardziej „techniczne” lub wyrafinowane metody. Jak choćby stosowanie na portalach społecznościowych odpowiednich skryptów, które „podbijają” pozycje danego znaleziska. Takie techniki miały miejsce właśnie na serwisie Digg.com. Jeden z użytkowników utworzył sobie kilka kont, aby następnie za pomocą utworzonego przez niego narzędzia masowo dodawać raporty spamujące treści, które znajdowały się na czele listy danego serwisu. To jeszcze nie wszystko – nawet po usunięciu zamieszczonej treści (a następowało to wówczas, gdy dostała 7 głosów negatywnych), spamujący program promował losowo wybrane treści o najmniejszej ilości głosów.

Tworzenie wielu kont, kupowanie fanów czy masowe spamowanie są jednymi z wielu nieetycznych metod, których nie stosuje żadna rzetelna i sprawdzona agencja marketingu internetowego czy social media. Jednak sfera internetu na swoje nieszczęście żywi się i tymi niesprawiedliwymi środkami i dlatego każdy klient, który chce wypromować w internecie swój produkt, markę czy usługę powinien żądać jak najdokładniejszego przedstawienia metod, jakimi dana agencja się posługuje.


Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Kampanie na Facebooku, czyli jak wykorzystać potencjał social media

Kampanie na Facebooku, czyli jak wykorzystać potencjał social media


Autor: SEO & SEM


Portale społecznościowe podbiły serca Internautów na przestrzeni kilku ostatnich lat i obecnie stanowią jedną z podstawowych dróg komunikacji w Internecie, czym od razu wzbudziły zainteresowanie świata reklamy internetowej. Jak w takim razie wykorzystać potencjał marketingowy portali takich jak Facebook czy Nasza Klasa?


Znaczna większość młodych ludzi i spory odsetek osób w średnim wieku posiada konto przynajmniej w jednym z portali społecznościowych. Jeszcze do niedawna niekwestionowanym liderem na polskiej scenie była Nasza Klasa, jednak ogromna popularność Facebooka na całym świecie sprawiła, że i u nas wyrósł na najbardziej odwiedzany portal społecznościowy. Miliony unikalnych wejść każdego dnia musiały w konsekwencji przyciągnąć zainteresowanie osób zajmujących się na co dzień reklamą. Co więcej, wszelkie działania marketingowe i reklama na Facebooku okazały się niezwykle skuteczne.

Obecnie większość dużych korporacji i firm posiada swój profil w tym portalu, który gromadzi społeczność wokół danej marki lub produktu, a następnie prowadzi z nią pewnego rodzaju interakcję. Jednak kampanie na Facebooku to nie tylko posiadanie i prowadzenie własnego profilu, ale również konkursy i aplikacje, bardzo często w postaci atrakcyjnych i zabawnych gier, dzięki którym możemy dodatkowo wygrać nagrody, na przykład związane z danym profilem. Takie działania bardzo szybko budują wierną społeczność, którą bardzo szybko jesteśmy w stanie poinformować o nowościach w naszej ofercie.

Facebook umożliwia również wykorzystanie boksów reklamowych umieszczonych po prawej stronie, a które działają na podobnej zasadzie co Google Adwords. Przewagą reklam na Facebooku jest możliwość bardzo precyzyjnego dotarcia do określonej grupy docelowej poprzez zawężenie liczby internautów bazując na ich profilowych danych.


Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Oddaj Twittera, albo podamy cię do sądu

Oddaj Twittera, albo podamy cię do sądu


Autor: Adamo Incognito


Zastanawialiście się już kto jest właścicielem treści, które piszemy używając w pracy Twittera, Blipa lub innego medium społecznościowego?
Pod artykułem komentarz prawny.


Kilka dni temu mainstream obiegła historia Noah Kravitza, któremu były pracodawca, firma Phonedog, chciał odebrać konto Twittera. Firma swoje roszczenia uzasadniała tym, że Kravitz twittował będąc zatrudnionym, a ponadto w nazwie jego konta na Twitterze znajdowała się nazwa serwisu, dla którego pisał.

Noah Kravitz przez cztery i pół roku pracował jako recenzent urządzeń mobilnych dla serwisu Phonedog. Konto na Twitterze @PhoneDog_Noah prowadził od roku 2007, kiedy to rozpoczął pracę w Phonedog. Odchodząc z pracy zamknął to konto i przeniósł się na inne: @noahkravitz. Przez te wszystkie lata zdobył zainteresowanie około 17 000 obserwujących, gdy przenosił się na nowe prawie wszyscy dotychczas obserwujący podążyli za nim.

Kilka miesięcy po odejściu wpływowego recenzenta, Phonedog przypomniał sobie o koncie na Twitterze, które prowadził Noah Kravitz. Dawny pracodawca zażądał tego konta, wyceniając jego wartość na ponad 300 tys. dolarów (licząc $2,5 za jednego obserwującego). Sprawa znalazła się w sądzie.

Cytując Kravitza za redaktor Kashmir Hill:
„No one asked me to create the account. No one told me what to tweet there, I had no inkling then that [having a Twitter account] would become an essential part of being a so-called journalist."
(Nikt mi nie kazał założyć konta na Twitterze. Nikt mi nie mówił, co mam tam pisać. Gdy zakładałem konto nie przypuszczałem, że stanie się jednym z podstawowych narzędzi dziennikarza).

Na koncie @PhoneDog_Noah nie publikował wyłącznie treści firmowych, dużą część stanowiły też wpisy osobiste etc. Aktualnie sprawa jest na etapie analizy pozwu złożonego przez Phonedog, a Noah Kravitz pomimo toczącego się procesu cały czas aktywnie używa swojego konta.

Wydarzenie to zwróciło uwagę na bardzo bardzo ciekawą sprawę. Prawie każdy z branży interactive obok czynności służbowych coś publikuje, czy to na Facebooku, Google+, blogu czy jakimkolwiek mikroblogu. Wiele z tych wpisów powstaje w godzinach pracy, a także opiera się na wiedzy/doświadczeniach zdobytych podczas wypełniania obowiązków służbowych.Wbrew pozorom nie jest do końca oczywiste, kto wg polskiego prawa, jest właścicielem własności intelektualnej wytworzonej przez pracowników.

O komentarz poprosiliśmy adwokat Karolinę Zyder, która specjalizuje się w dziedzinie prawa autorskiego.

W polskim prawie obowiązuje ogólna zasada, iż prawo autorskie do utworu należy do jego twórcy. Zasada ta dotyczy zarówno praw autorskich niemajątkowych jak np. prawa do autorstwa, jak również autorskich praw majątkowych, takich jak np. prawa do korzystania z utworu i rozporządzania nim.W sytuacji gdy twórcą utworu jest pracownik – a więc osoba określona w art. 2 Kodeksu pracy – a utwór został stworzony w ramach wykonywania obowiązków ze stosunku pracy, majątkowe prawa autorskie do stworzonego w takich warunkach utworu- zgodnie z art. 12 ustawy Prawo autorskie - przechodzą na pracodawcę z chwilą przyjęcia przez niego utworu. Przejście tychże praw następuje w granicach wynikających z celu umowy o pracę i zgodnego zamiaru stron.

Wobec powyższego kwestią decydującą o nabyciu przez pracodawcę autorskich praw majątkowych jest (i) fakt wytworzenia utworu w wyniku wykonywania przez pracownika obowiązków wynikających ze stosunku pracy oraz (ii) przyjęcie utworu przez pracodawcę.

Na fakt stworzenia utworu w ramach obowiązków pracowniczych poza postanowieniami umowy o pracę może wskazywać test czy w przypadku niestworzenia utworu przez pracownika pracodawca mógłby mu postawić zarzut naruszenia i niedopełnienia obowiązków pracowniczych, istotny jest również fakt czy pracownik był podporządkowany pracodawcy i kierował się jego wskazówkami podczas tworzenia utworu, jak również należy pamiętać o odwołaniu się do zwyczajów i praktyk w danej grupie zawodowej. Należy jednakże podkreślić, iż nie można sugerować się jedynie miejscem stworzenia dzieła czy też własnością środków technicznych które służyły do stworzenia dzieła (np. stworzenie utworu na komputerze będącym własnością pracodawcy nie powoduje, iż dany utwór staje się utworem pracowniczym w rozumieniu art. 12 pr. autorskiego).

Drugą istotną kwestią jest przyjęcie utworu przez pracodawcę. Brak jest obowiązującej definicji jak należy rozumieć „przyjęcie utworu”, jednakże na gruncie poglądów doktryny oraz orzecznictwa sądowego można twierdzić, iż jest to jakiekolwiek przekazanie pracodawcy przez pracownika utworu, a więc przekazanie np. za pośrednictwem e-maila czy też poprzez pozostawienie utworu na biurku pracodawcy. W sytuacji braku negatywnego stanowiska pracodawcy odnośnie nieprzyjęcia utworu lub też uzależnieniu przyjęcia od dokonania określonych w nim zmian odnośnie utworu należy przyjąć, iż do przekazania doszło – nie jest wymagana akceptacja czy też potwierdzenie przyjęcia utworu (art. 13 pr. autorskiego).

Należy tutaj zaznaczyć, iż w sytuacji gdy pracownik nie chce przekazać stworzonego utworu to na gruncie prawa autorskiego pracodawca nie może go do tego zmusić, choć oczywiście może wyciągnąć konsekwencje wynikające z prawa pracy. W związku z tym niezwykle istotne jest właściwe skonstruowanie umowy o pracę z osobami mającymi w ramach obowiązków służbowych tworzyć utwory, tak aby zabezpieczyć pracodawcę przed mogącymi pojawić się sporami dotyczącymi praw autorskich do stworzonych przez pracownika utworów.


Więcej informacji o podobnej tematyce w serwisie: destylator.at

Komentarza udzieliła adwokat Karolina Zyder z kancelarii
DZNP Dygas Zyder Nierobisz Przewłocki – Adwokaci i Radcowie Prawni spółka partnerska
www.dznp.pl

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Zakupy grupowe - to nie sprzedaż, lecz promocja!

Zakupy grupowe - to nie sprzedaż, lecz promocja!


Autor: M.Krawczyk


Mówiąc o serwisach typu Groupon, Gruper, czy Cuppon mówimy "serwis zakupów grupowych". Prawda jest jednak taka, że gdyby ktoś chciał za ich pomocą naprawdę sprzedawać, szybko by zbankrutował.


Wyobraźmy sobie firmę, która daje 75% rabatu na usługę wybielania zębów. Oznacza to, że za 25% tego co normalnie liczyłaby za tego typu usługę musi sprostać wydatkom w postaci najmu lokalu, zatrudnienia personelu, zakupie i utrzymaniu sprzętu do tego wybielania, nie mówiąc o całej masie drobniejszych wydatków towarzyszących prowadzeniu firmy. Aby jednak prowadzenie firmy miało sens, wypada po odliczeniu kosztów zanotować jeszcze pewien, chociaż nieduży zysk. Nawet drakońskie ścięcie kosztów, nie daje jednak nadziei na to, aby coś, co dotąd kosztowało 100 zł dziś, przy cenie 25 zł nadal było opłacalne dla firmy.

Jeżeli jednak sprzedaż z użyciem tak dużych rabatów jest nieopłacalna dla firm, to czemu tak chętnie chcą one zaprezentować swoje usługi w serwisach zakupów grupowych prześcigając się w oferowaniu ogromnych rabatów? Powód jest prosty, otóż tak zwane serwisy zakupów grupowych nie służą sprzedaży usług restauracji, hoteli, czy innych oferentów usług - one służą ich promocji!

Dla wielu z czytelników to oczywiste, ale zapytajcie swoich znajomych, czy mieli oni świadomość że te serwisy służą właśnie temu. Większość korzystających z tych okazji oczywiście nie zastanawia się nad tym, po prostu kupują coś co można mieć po rewelacyjnej cenie, jednak fakt pozostaje faktem: te serwisy nie sprzedają, one promują, tak więc popularne określenie serwis zakupów grupowych jest nieco fałszywe, ale skoro już się przyjęło to nie ma się o co czepiać, chciałem tylko wytłumaczyć tą mylną nazwę :-)

Założenie jest takie, że jeżeli ktoś zachęcony ogromną zniżką skorzysta np. z oferty baru z sushi, będzie chętnie tam powracał później, płacąc już normalne stawki byle tylko zjeść w swoim ulubionym lokalu. Dodatkowo opowie o tym miejscu swoim znajomym, ci zaś z pewnością tłumnie ściągną tu i jednorazowa zniżka nawet 90% przeobrazi się w sukces komercyjny tego przykładowego baru.

Życie jednak depcze wyobraźnię. Firmy promujące swoje usługi w serwisach zakupów grupowych nie zawsze trafnie oceniają własne siły. Sprzedają wielką ilość kuponów, ale żeby później obsłużyć sporą liczbę nagle przybyłych im klientów, muszą zwykle ściąć koszty, a cięcie kosztów odbywa się często kosztem jakości (zamiast solidnej porcji sushi, małe co nieco na talerzu, zamiast hotelu, gdzie można miło spędzić weekend, jakieś koszary w których normalnie nie zatrzymałbyś się nigdy, wielu zna już te przypadki). Klienci po takiej przygodzie nie tylko nie powracają, ale gorąco odradzają też innym takie miejsce i dostępne w nim usługi. Oferowanie swoich usług z 80, czy 90% rabatem nie jest niczym innym jak podarowaniem próbki swojego produktu przyszłemu konsumentowi. Wyobraźmy sobie hostessę w hipermarkecie, która podchodzi do Ciebie z próbkami np. nowej kiełbasy i daje Ci coś, co zjesz i prawie na pewno skrzywisz się z niesmaku. Po co więc zatrudniać taką hostessę? Po co ponosić koszty jej pracy i koszty tej pokrojonej w plasterki kiełbasy? A dając niesmaczną próbkę, pomagasz w sprzedaży swojej kiełbasy, czy raczej kompromitujesz się?

Czy zatem serwisy zakupów grupowych są nieudanym pomysłem? Czy czeka je upadek po przejściu chwilowej mody? Moim zdaniem - stanowczo nie. Są to doskonałe narzędzia do promocji swoich usług, dające wspaniałą sposobność zareklamowania się w sposób masowy milionom ludzi i pozwalające na kontakt z tymi, którzy chcą przetestować Twoje sushi, usługi fryzjerskie itp. Ten artykuł nie ma na celu krytyki zjawiska w postaci serwisów zakupów grupowych, on ma po prostu wyjaśnić do czego one naprawdę służą i jaki błąd popełniają Ci, którzy chcą dzięki nim dosłownie sprzedawać.

Jeżeli masz restaurację, pomyśl ile wydasz na jej promocję, a także ile czasu poświęcisz na to, aby ponosząc koszty stałe (ludzie, wynajem lokalu, utrzymanie lokalu), zbudować popularność swojego lokalu. Następnie te wszystkie koszty jakie Ci wyjdą podziel na pół (bo nigdy nie warto stawiać na jedną kartę). Wyjdzie Ci pewna suma pieniędzy i to na podstawie tej liczby planuj ilość kuponów do zaoferowania przez jeden z serwisów zakupów grupowych, a także na podstawie tej sumy zastanów się ile % rabatu możesz dać klientom, którzy do Ciebie trafią z tego źródła.

Co uzyskasz? W ciągu kilku dni o istnieniu Twojego lokalu dowie się duża część mieszkańców miasta w którym prowadzisz działalność. Cześć z nich kupi te kupony, które przeznaczyłeś do dystrybucji za pomocą serwisu zakupów grupowych. Jeżeli dobrze skalkulowałeś koszty, rabaty i ilość kuponów, to klienci przychodzący z tego źródła zostaną dobrze obsłużeni, dostaną uczciwe porcje, a jeżeli część z nich nigdy nie powróci, to przynajmniej nie będzie miała podstaw, aby pytającym ich o Twój lokal nie powiedzieć " polecam". W kilka dni Twoja restauracja zyska trzy rzeczy o które nieraz trzeba zabiegać miesiącami, jeśli nie latami :

zasięg

grupę stałych klientów

renomę

Po prostu trzeba inteligentnie użyć potencjału jaki drzemie w serwisach zakupów grupowych.

Chciałoby się na końcu powiedzieć: zakupy grupowe - nie dla .... ! No ale to hasło reklamowe jest już zajęte.


www.powerprice.pl - taniej być nie może

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.