sobota, 5 stycznia 2013

Malinowy marketing - lekcja marketingu z placu targowego...

Malinowy marketing - lekcja marketingu z placu targowego...

Autorem artykułu jest Tomek Urban


Czego dowiedizałem się o ludziach sprzedajac na placu targowym :) Kiedyś w wakacje koleżanka poprosiła mnie o pomoc w sprzedaży malin na placu targowym. Miała małą plantacje na której owoce właśnie dojrzewały, a nie miała kierowcy, który by jej pomógł z tym jeździć na plac.

Uśmiechnąłem się i powiedziałem czemu nie - kolejna w życiu przygoda.


Przybrałem rolę plantatora malin

Na następny dzień, a potem przez kilka tygodni stałem na placu sprzedając maliny (od komputera i książek wylądować prosto na placu targowym). Miły, pyszny i aktywny wypoczynek - super zabawę sobie na wakacje w polskim kraju sprawiłem.

Najlepsze dopiero zaczęło, przybrałem rolę młodego rolnika stojąc obok ludzi którzy robią to od lat. Fajne doświadczenie stanąć po tej drugiej stronie barykady - poznać tych ludzi, tak jakoś inaczej.

Pierwsze co zrobiliśmy.. to zaznajomiliśmy się z innymi sprzedawcami. Ale, żeby nie było tak bez niczego to zaczęliśmy wymieniać maliny na inne warzywa i owoce tak by skompletować zestaw obiadowy. Przyznam, że wielkim dla nich odkryciem był barter... no cóż nie dziwię się, spodobało im się bo nawet pyszne lody sobie załatwiliśmy za kobiałkę malin.

Dzięki takiemu miłemu początkowi na kolejny dzień kiedy zawitaliśmy na plac, już mogliśmy liczyć na miłe uśmiechnięte przyjęcie na placu. A i handel wymienny trwał nadal... a w przypadku gdy ktoś nie chciał od nas malin w zamian, dawał nam za darmo lub po bardzo zaniżonej cenie, ot taka życzliwość prostych ludzi.


Podnosimy skuteczność sprzedaży

Sprzedawać siedząc bezczynnie bym nie potrafił - nie z moim podejściem do życia. Zacząłem więc od razu szukać sposobów na zwiększanie skuteczności (by krócej stać na placu i sprzedać szybciej). Najpierw proste sprawy, takie jak na przykład udostępnienie malin na spróbowanie. Różne ceny rabatowe (za większą ilość taniej)... itd. Podzieliliśmy się także na dwa stanowiska oddalone trochę od siebie, na jednym ja uśmiechnięty sprzedawałem paniom, na drugim zaś koleżanka uśmiechnięta sprzedawała panom.

Oj dużo tego wszystkiego było - jak się bawić to bawić jednym słowem. Kilka moich obserwacji opisałem dokładniej poniżej. Najbardziej podobała mi się ta ostatnia o zawracającym kliencie, szkoda tylko że dopiero pod koniec sezonu ja odkryłem.


Nie ważna miara, ważna liczba

Dostaliśmy pierwszą radę od ojca koleżanki, który sprzedawał maliny od lat, brzmiało to zwyczajnie tak: "Jak się ktoś pyta ile jest w kobiałce - mów, że jest 1 litr, a dopiero jak się zapyta ile to jest na wagę mów, że pół kilo."

Wniosek jak widać prosty, nie widzimy jednostki, a widzimy liczby. Mogę powiedzieć, że 1 kobiałka to aż 1 litr, a mogę powiedzieć, że 1 kobiałka to tylko 0,5 kilo. Sprzedawałem więc maliny na litry, dzięki temu sprzedawałem ich znacznie więcej, po niższej cenie - przynajmniej tak się klientowi wydawało.

Za 8 zł można było kupić aż 2 litry... albo tylko 1 kilogram.

I choć fizycznie to prawie dokładnie to samo, bardziej jednak opłaca się kupić 2 litry, niż 1 kilogram.


Wzrok to klient ma słaby

Stoję i tak słucham co Ci klienci między sobą mówią... a mówią, że w innym miejscu placu są tańsze maliny i że tam pójdą kupić. Hmm.. nie spodobało mi się to. Idę więc na wywiad gospodarczy, patrzę ze zdziwieniem oczom nie dowierzam.

U konkurencji, maliny aż o 2 zł za litr DROŻSZE od naszych, a klient mówi że TAŃSZE... co jest grane?

Cenę na kartce podajemy od pojemnika... (no chyba że ktoś pyta, wtedy mówimy o litrach).

U mnie jeden pojemnik kosztuje 4 zł, a u konkurencji pojemnik kosztuje 3 zł.... wniosek dla klienta? U mnie maliny są o jeden złoty droższe. Podczas gdy w rzeczywistości u mnie są tańsze, bo mój pojemnik to 1 litr, a pojemnik tej pani to 0,5 litra.

No cóż, pierwsza myśl w mojej głowie- na następny dzień w innej części placu ustawia się moja koleżanka i sprzedaje półlitrowe kobiałki też po 3 zł. A ja sprzedaje litrowe po 4.

Ech.. niecny taki plan, jednak mi się zdał trochę takie nieetyczne...

Postąpiłem więc inaczej, wyedukowałem wzrok klienta, ustawiając na następny dzień obok siebie pojemniki o dwóch rozmiarach, półlitrowych i jednolitrowych. Tak by klient zauważył, różnice między dwoma wielkościami kobiałek - zadziałało.


Zawracający klient - to było najlepsze!

Rozmawiam z panem obok sprzedającym kukurydzę i kilka innych warzyw. Opowiada mi, że też kiedyś był młody, uśmiechnięty, też kiedyś tak entuzjastycznie do tego podchodził, nawet sobie podśpiewywał sprzedając.. rozmawiał z klientami... itd., a teraz to już tylko tak stoi. Podsunęło mi to pewien pomysł.

O tego dnia zacząłem, głośno mówić, takie teksty: "Pyszne malinki z własnej plantacji doskonałe na sok dla Pani na zimę", "Pyszne malinki może Pan spróbować", "Pyszne piekielnie słodkie malinki po 3 zł za litr", "Pyszne malinki dla Pana, żona na pewno się ucieszy", "Jak Pani kupi 2 litry to dam gratis, dla dziecka jeszcze małą kobiałkę" itd. Zrobiłem z siebie gadająca katarynkę.


To było piękne!

Idzie sobie taki człowiek... usłyszy że do niego mówię, obróci się na moment rzuci okiem i idzie dalej... dochodzi do końca alejki... Staje w miejscu - myśli, myśli, myśli... Zawraca i idzie kupić ode mnie maliny - coś pięknego.

A najlepsze było to, że było to powtarzalne. Przerobiłem się zwyczajnie na katarynkę, a klienci po pewnym krótkim czasie od usłyszenia mnie, wracali i kupowali.

Do tej pory mieli tylko bodziec wzrokowy, ale gdy dodałem do mojej strategii sprzedaży malin bodziec dźwiękowy... w życiu nie spodziewałbym się takich rezultatów.

Założyłem wcześniej, że takie gadanie może tylko zaszkodzić, zdawało mi się to zbyt nachalne. A jak się okazało było to doskonałą decyzją. Spośród niczym nie wyróżniających się sprzedawców... byłem tym nad którym przechodzień musiał przez chwilę pomyśleć. A od myślenia do decyzji zakupowej bardzo blisko w przypadku malin jak się okazało.


Wykorzystać zdobytą wiedzę...

Jakiś czas po tym wydarzeniu trafiłem internetową aplikację WebPlayo - jest to dokładnie to... co zastosowałem z dużą skutecznością na placu targowym. WebPlayo to gadająca katarynka do wykorzystania na stronę www.

Teraz tylko pozostało sprawdzić, czy i w przypadku stron internetowych i Twojego produktu to zadziała.

Po więcej informacji na temat funkcjonalności tego narzędzia proponuję zajrzeć do specjalnie przygotowanego przez Mateusza Chłodnickiego kursu, gdzie krok po kroku Mateusz opisuje co i jak z gadającymi stronami www.
---

Autor Tomek Urban, właściciel serwisów ebiznes.org.pl, Gazetki Kreatywnej

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Pomyśl zanim wybierzesz domenę...

Pomyśl zanim wybierzesz domenę...

Autorem artykułu jest Michał Kowalski


Wybór domeny internetowej to pierwszy krok w internetowym marketingu. Jak wybrać domenę, która działa na Twoją korzyść i stanowi darmowe i bardzo skuteczne narzędzie promocji? Wybór domeny internetowej to pierwszy krok w internetowym marketingu. Odpowiednio dobrany adres WWW może być bardzo cennym narzędziem promocji. Domena to najkrótszy i w pełni samodzielny komunikat reklamowy, który często współtworzy tzw. pierwsze wrażenie. Dlatego też wybór domeny powinien być przemyślaną decyzją. Powinniśmy zarejestrować domenę, nawet jeśli nie planujemy jeszcze stworzenia serwisu. Inaczej może się okazać, że gdy będziemy chcieli założyć stronę WWW, wszystkie ciekawe nazwy będą już zajęte. Poza im wcześniej zarejestrujemy i „zawiesimy” domenę – nawet ze stroną w budowie – będzie ona lepiej rozpoznawana przez wyszukiwarki, co ma ogromne znaczenie w pozycjonowaniu (większą wartość mają domeny starsze).

Rejestrując domenę, musimy podjąć decyzję, czy będzie to domena globalna, np. „com”, czy krajowa, np. „pl”. Rejestrowanie domeny ze wszystkimi możliwymi końcówkami wskazane jest tylko w nielicznych przypadkach. Jednakże w większości
z nich wystarczy tylko jedna domena. Jeśli firma działa tylko na terenie kraju, nie warto rejestrować domen globalnych. Ma to sens jedynie w przypadku, gdy oferujemy produkty na rynkach zagranicznych, i to w szerokim zakresie. Podobnie rzecz ma się
z domeną „eu”. Najlepszym rozwiązaniem jest więc dokładny wybór rynków docelowych i rejestracja domen narodowych, np. rynek niemiecki – „de”, angielski – „uk” itp. Ułatwi to późniejsze pozycjonowanie i zapamiętywanie domen przez potencjalnych klientów. Dla firmy działającej w Polsce zawsze idealnym rozwiązaniem będzie krótka końcówka „pl”, która sprawdzi się także
w kontaktach zagranicznych, gdyż od razu ujawnia lokalizację przedsiębiorstwa. Jest łatwa w zapamiętaniu, a większość polskich użytkowników intuicyjnie wpisuje w domenie końcówkę „pl”.

W ramach rozszerzenia krajowego można rejestrować domeny funkcjonalne oraz regionalne. Np. agro.pl, turystyka.pl lub regionalne – mazowsze.pl, warszawa.pl itp. Praktycznie nie ma żadnych ograniczeń w stosowaniu tych rozszerzeń. Warto jednak posłużyć się logiką i wybrać taką, która pasuje do prowadzonej działalności i obszaru funkcjonowania.
Jednak najwięcej trudności przysporzy wybór domeny właściwej...

Domeny firmowe

Najprostszym rozwiązaniem jest wybór domeny odpowiadającej nazwie firmy, np. www.sony.com, czy www.wedel.pl. Jest to najpopularniejszy sposób szukania stron przez użytkowników Internetu i dlatego taką domenę warto zarejestrować od razu, tuż po założeniu firmy. Przy zakładaniu działalności należy sprawdzić, czy propozycje nazwy firmy są możliwe do zarejestrowania jako domeny internetowe w niezmienionej postaci. Internet jest już tak powszechny i wręcz konieczny, że jednym z najważniejszych kryteriów wyboru nazwy firmy powinna być możliwość zarejestrowania identycznej domeny.

Domena firmowa to doskonałe rozwiązanie, jeśli nasza witryna jest wizytówką firmy lub spełnia rolę informacyjną jako uzupełnienie innych materiałów marketingowych. Również w przypadku posiadania silnej marki warto mieć serwis o takiej nazwie. Należy pamiętać, że długie i skomplikowane nazwy firm nie zawsze nadają się na internetową domenę, a tworzenie skrótów może być niezrozumiałe dla odbiorców.

Jeśli jednak Twoja nazwa nie jest znana klientom i nie zamierzasz jej promować oraz jeżeli chcesz szerzej wykorzystywać Internet, warto wybrać domenę, która niekoniecznie pokrywa się z nazwą firmy.

Domeny branżowe

Często rejestruje się domeny, które nie są nazwami firmy, a przedstawiają nazwy grup towarowych, którymi zajmuje się dana firma. Są to tzw. domeny branżowe, doskonałe dla sklepów internetowych, ale nie tylko. Takie adresy, jak telefony.pl czy komputery.pl to rewelacyjny wybór dla każdej firmy z tej branży, choć ich nazwy z pewnością są inne. Dodatkowo wybór słowa kluczowego na domenę daje nam dużą przewagę w pozycjonowaniu witryny gdyż nazwa serwisu pełni jednocześnie funkcję tzw. „anchor text” (opis linku do strony, zawierający słowa kluczowe, bardzo ważny element w pozycjonowaniu Google).

Problem w tym, że większość popularnych słów jest już zajęta i naprawdę trudno znaleźć wartościowe słowo, które jest wolne i jednocześnie pasuje do naszej działalności. Co zrobić, jeśli nazwa naszej firmy jest długa i skomplikowana lub po prostu nic nie mówi potencjalnym klientom, a wszystkie domeny branżowe zawierające nasze słowa kluczowe są już zajęte? Na pewno nie polecam tworzenia dziwnych tworów słownych typu e-telefonygsm.pl czy niezrozumiałych skrótów. Najlepszym rozwiązaniem jest wybór domeny marketingowej.

Domeny marketingowe

Jeśli planujesz szerokie wykorzystanie Internetu w swojej działalności powinieneś podejść do wyboru domeny w sposób marketingowy. Domena powinna być, Twoją pierwszą reklamą. Reklamą, za którą nic nie płacisz, a jednocześnie wykorzystujesz w bardzo szerokim zakresie. Wybierając domenę marketingową od samego początku kontaktu z serwisem, klient będzie świadomy Twojego marketingowego przekazu. Już na etapie wpisywania adresu do przeglądarki Twój marketing będzie oddziaływał na odbiorcę.

Podejście marketingowe oznacza, że domena powinna sugerować pewne korzyści płynące z odwiedzenia Twojej witryny, a także skuteczność i jakość produktów, które oferujesz, oraz powinna wyróżniać się spośród domen firm konkurencyjnych.

Pomyśl, jaką korzyść chciałbyś przedstawić klientowi, co Cię wyróżnia na tle konkurencji i jaka informacja może sprawić, że klient kupi twoje usługi lub produkty. Następnie znajdź słowo lub frazę, która będzie tę korzyść lub różnicę opisywać, dokładnie lub metaforycznie. Jeśli na przykład sprzedajesz komputery, to z pewnością bardzo atrakcyjna domena branżowa komputery.pl jest już dawno zajęta, a prawdziwa nazwa Twojej firmy nic nie mówi potencjalnym klientom. Wówczas, jeśli konkurujesz ceną lub sprzedajesz wysokiej jakości sprzęt, to zamiast komputery.pl, możesz zarejestrować taniekomputery.pl lub szybkiekomputery.pl. Idąc dalej, z szybkich komputerów można zrobić piekielnemaszyny.pl co automatycznie kojarzy się z najlepszymi komputerami dla wymagających. Taka domena od razu „wpada” w ucho. Łatwo ją zapamiętać, a dobrze skonstruowana zawiera wyraźną obietnicę korzyści dla przyszłego klienta sklepu z komputerami. Każdy, choćby z ciekawości, odwiedzi Twoją witrynę, a jeżeli oferta potwierdzi obietnice domeny, to droga do sprzedaży jest już otwarta!

Domena marketingowa to po prostu najkrótsza forma reklamy. Najlepiej będzie, jeśli zmieścisz się w trzech słowach (np. marketingdlaleniwych.pl), ale ideałem będzie jedno zrozumiałe słowo (np. widoczny.pl). Wybierz domenę, która zapadnie klientowi w pamięć i da konkretną obietnicę korzyści. Taka domena może nawet nasuwać humorystyczne skojarzenia. Humor to doskonały wyróżnik i sposób na trwałe zapamiętanie przez odbiorcę. Potraktuj swoją domenę jak dwuwyrazowy spot reklamowy! Niech obiecuje, śmieszy albo zwraca uwagę!

Wybierając domenę, pamiętaj jeszcze, że jej nazwa powinna być łatwa w wymowie, tak, aby podając ją przez telefon, obyć się bez konieczności literowania i powtarzania.

www.widoczny.pl - zyskowne strony www
---

http://www.widoczny.pl - zyskowne strony www

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Twarz a kreowanie wizerunku

Twarz a kreowanie wizerunku

Autorem artykułu jest Daniel Bordman


artykularnia_import Kiedyś gdy zaczynałem pracę z politykami i managerami, skupiałem się na tym co jest widoczne „od razu”. Na tym co widać na pierwszy rzut oka. Postawa, gesty, słowa. Zapominałem o tym, że to właśnie po szczegółach jesteśmy oceniani, po tym co widać na naszej twarzy. To mikroruchy na naszych twarzach są odbierane przez nasz umysł a później stwierdzamy – „Ten ktoś jest fajny”. „Tamta dziewczyna jest mało przebojowa”, „a ta Twoja szefowa jest jakaś infantylna.”

Gdzieś tam w środku nasz umysł podejmuje decyzje a my je wyrażamy.

Prowadzać kiedyś warsztaty z komunikacji spojrzałem na jedną uczestniczkę. Niezwykle piękna blondynka o niebieskich oczach. Jednak od razu pomyślałem, że jest wredna i złośliwa. Zaniepokoiły mnie moje myśli, dlatego poprosiłem całą grupę by każdy powiedział dwa, trzy zdania o sobie i zacząłem się zastanawiać, dlaczego ją tak oceniam.

Jak tylko się odezwała, przestałem jej wierzyć. Pytanie czemu? Właśnie!

Wypowiadała się przez zaciśnięte zęby. Miałem wrażenie, że mimo iż się uśmiecha jest niewiarygodna. Każda samogłoska, każdy wyraz wydobywał się z jej ust jakby z trudem. Odczuwałem dyskomfort, gdyż widziałem dziewczynę, która zanim się odezwała była już nie lubiana a odzywając się pogłębiła ten stan „nielubienia”.

Dowiedziałem się, że jest szefem większej grupy ludzi.

Tym razem pozwoliłem sobie na głośną analizę. Stwierdziłem, że najprawdopodobniej ma problemy z podwładnymi, gdyż się jej boją i nie do końca ufają. A także może mieć problemy w nawiązywaniu pierwszego kontaktu bo wydaje się być osobą ostrą.

I … wszystko się zgadzało. Dodała, że próbowała już wielu metod, ale okazywały się nie skuteczne.

Rozwiązanie było proste, trzeba było się zająć jej wizerunkiem werbalnym. Spłaszczone samogłoski, które wydobywały się z jej ust psuły wizerunek. Obojętnie co mówiła, była odbierana jak by mówiła coś z wielkim trudem. Na dodatek, spinając mięśnie twarzy, zbudowała wrażenie osoby spiętej. Zaciskała zęby i mięśnie ust. Warto przypomnieć, że zaciskamy usta gdy szykujemy się do jakiejś konfrontacji. Ona sygnał „konfrontacji” miała zawsze na swojej twarzy.

Zrobiliśmy krótki masaż, pokazałem ćwiczenie z korkiem, uruchomiliśmy górną wargę i w przeciągu kilku minut, grupa jednym głosem powiedziała, że to jest już inna osoba.

Te napięcia jakie pojawiały się na twarzy tej dziewczyny spowodowały trochę cierpienia zarówno w pracy zawodowej jak i prywatnej. Coś co było drobnostką, w tak duży sposób wpływało na jej życie. Wszyscy, którym opowiadam te historię wiedzą, że ich oceny mogą być nie trafione. Co jednak zrobić z większością? Przecież nie będziemy każdemu tłumaczyli, że może się mylić.

Jedynie co nam pozostaje, przyjrzeć się samemu sobie, lub poprosić przyjaciela, kogoś z rodziny by się nam przypatrzył i podzielił spostrzeżeniami czy odczuciami. Niech powie co sądzi. Większość błędów da się szybko i to samemu wyeliminować. Więc do dzieła, bo nie są najważniejsze gesty czy słowa. To nasza twarz powie najwięcej o nas samych.

--- Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

SPAM a kontakty mailowe

SPAM a kontakty mailowe

Autorem artykułu jest Kira F.


SPAM zna każdy z własnego doświadczenia: reklamy viagry, powiekszaczy penisów, rewelacyjne wycieczki w których opłacasz tylko przelot + noclegi + wyżywienie i masa innych równie interesujących rzeczy. SPAM zna każdy z własnego doświadczenia: reklamy viagry, powiekszaczy penisów, rewelacyjne wycieczki w których opłacasz tylko przelot + noclegi + wyżywienie i masa innych równie interesujących rzeczy.

Jednak według Ustawy o Świadczeniu Usług Drogą Elektroniczną SPAMEM jest każda niezamówiona wiadomość handlowa. I zgodnie z jej wytycznymi, nadawca dowolnego maila o treści handlowej, również jeśli to np. propozycja współpracy, może zostać ukarany.

Plusów tej ustawy wyliczać na pewno nie trzeba: mniej śmieci zapycha nasze skrzynki pocztowe, tracimy mniej czasu na ich usuwanie, mniej się denerwujemy.

Jednak ta sama ustawa mająca ułatwić życie zarówno adresatom SPAMU jak i administratorom serwerów pocztowych nam, prowadzacym jakąkolwiek działalność może życie dość skutecznie utrudnić. Bo teraz, żeby wysłać jakąkolwiek wiadomość e-mail związaną z naszą działalnością, musmy mieć jednoznaczną zgodę adresata. Nie wystarczy już wejść na jego stronę WWW i znależć tam adres poczty elektronicznej ani skorzystać z gotowego formularza.

W tej sytuacji musimy niestety za każdym razem ZAPYTAĆ czy adresat aby na pewno chciałby zapoznać się z naszą ofertą. W rezultacie w tym momencie kończy się wygoda korzystania z Internetu: jeżeli i tak musisz najpierw zadzwonić lub w inny sposób spytać czy odbiorca życzy sobie przeczytać Twoją ofertę, to czemu nie przedstawić jej od razu w tej formie?

Wyjątkowo uciążliwa rzecz. Dla SPAMERÓW -- i tu dobrze, bo to ogranicza na prawdę zbędne wiadomości. Ale również dla nas jeśli chcemy zaproponować całkowicie poważny interes -- bo możemy zostać od razu oskarżeni o SPAM.

Jak rozwiązać ten problem?

Sposób jest obecnie chyba tylko jeden: jeśli podajesz na swojej stronie WWW adres e-mail mający służyć do kontaktu z firmą, zaznacz od razu do czego może on być użyty. Na przykład:

kontakt: firma@domena.pl
UWAGA! Nie akceptujemy przesyłania na ten adres reklam. Oferty współpracy związane ściśle z branżą w której działamy nie są traktowane jako SPAM.

Krótkie, proste, rozwiązujące problem.

Pod warunkiem oczywiście że tego typu opisy zaczną być umieszczane na stronach firmowych. Bez tego wszelkie kontakty przez Internet nadal będą mocno utrudnione ponieważ nawet najpoważniejszy Klient lub kontrahent nie będzie pewien czy może je wysłać. A jeśli nie będzie, to zapewne nie wyśle... ---

Autorka: Kira® Tekst pochodzi z: http://cyber-girl.net

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Maluchy łasuchy, czyli sposób na zwiększenie sprzedaży.

Maluchy łasuchy, czyli sposób na zwiększenie sprzedaży.

Autorem artykułu jest Jerzy Grabarski


Okazuje się, że przedstawiciele firm z uporem godnym lepszej sprawy, umieszczają większe opakowania towaru tylko na najwyższych półkach. Oczywiście ma to swoje uzasadnienie marketingowe, ale proponowałbym niewielką modyfikację tego ustawienia... Spożywczy sklep samoobsługowy, obecnie zwany marketem. Mama z uwagą przyglada się towarom na półkach. Obok kręci się około pięcio- sześcioletni malec. Wypatrzył czipsy i marudzi:
- Mamo, kup mi czipsy...
Mama przez krótką chwilę ignoruje marudzenie synka, ale w końcu nieco roztargnionym głosem mówi:
- Dobrze, idź i przynieś sobie.
Chłopiec pędzi do półki z czipsami. Przez moment patrzy na wystawione na górnej półce duże opakowania, do których wzrost nie pozwala mu sięgnąć. Łapie więc mniejsze, stojące na półce na wysokości jego oczu i pędzi za matką. Wciska jej w rękę przyniesione czipsy, które ona, nawet nie patrząc, wrzuca do koszyka.

W ciągu jednego miesiąca trzykrotnie widziałem takie obrazki, nieco różniące się w szczegółach (dwa razy mama z synkiem, raz małżeństwo z córeczką). Wszystkie trzy doprowadziły do akcji końcowej - wrzucenia towaru przyniesionego przez dziecko do koszyka. Za każdym razem było to mniejsze opakowanie. Maluch po prostu nie mógł sięgnąc do większego.
Dlaczego?

Okazuje się, że przedstawiciele firm z uporem godnym lepszej sprawy, umieszczają większe opakowania towaru tylko na najwyższych półkach. Oczywiście ma to swoje uzasadnienie marketingowe.
Niemniej jednak, opierając się na swoich spostrzeżeniach, a zakładam, że opisane wydarzenia muszą być znacznie bardziej częste (bo pomimo, że w marketach bywam rzadko zaobserwowałem je trzykrotnie w krótkim czasie), proponowałbym niewielką modyfikację ustawienia towarów.
Na półce dostępnej dla łapek malucha powinny się znaleźć zarówno małe, jak duże opakowania smakołyku. Te duże po prawej stronie (co również ma swoje uzasadnienie marketingowe). Poza tym ustawienie towarów pozostaje bez zmian.
Efekt?

W opisanej powyżej sytuacji istnieje duża szansa, że kupione zostanie większe opakowanie. Dzieci przecież wolą dużo niż mało, a będąca ż dzieckiem osoba odruchowo wrzuci przyniesiony towar do koszyka. Od kasy raczej już nie będzie się wracać...

Łatwo też można przewidzieć inny mechanizm zakupu. Dziecko wypatrzyło smakołyk: "Kup mi, kup!".
Często widziana lub przeżywana przez nas sytuacja, nieprawdaż?
Oczywiście dziecko znacznie częściej wskaże, lub złapie dużą paczkę - jeśli ma do niej taki sam dostęp jak do mniejszej.

Co może zrobić osoba będąca z dzieckiem?
1. Bez wzglądu na płacz i marudzenie dziecka zabrać go od pólki.
2. Kupić dużą paczkę "dla świętego spokoju".
3. Zaproponować dziecku kupno mniejszego pudełka tego samego smakołyku, na co prawdopodobnie maluch szybko się zgodzi.
4. Długo i cierpliwie uspokajać dziecko, by w końcu zabrać je od półki ze smakołykami, bez kupowania czegokolwiek.

Nie przeprowadzałem typowych badań statystycznych, ale o wybranie jednej z przedstawionych możliwości poprosiłem losowo wybranych ludzi z różnych grup społecznych (między innymi przez ankietę na stronie www). Zebrałem ponad 120 odpowiedzi:
Możliwość pierwszą wybrało (w zaokrągleniu) 15% zapytanych. Możliwość drugą - 23%. Trzecią - 54%. Czwartą zaś - 8%.
Czyli 77% postawionych w takiej sytuacji dorosłych dokona zakupu.

Poprosiłem też o wybranie jednej możliwości, z założeniem, że leżące na półce opakowania wszystkie są małe (inne pytane osoby, ilość odpowiedzi jak wyżej).

1. Bez wzglądu na płacz i marudzenie dziecka zabrać go od pólki.
2. Kupić, "dla świętego spokoju".
3. Długo i cierpliwie uspokajać dziecko i w końcu zabrać je od półki ze smakołykami nie kupując niczego.

Okazuje się, że odpowiedź drugą wybrało tylko 49% zapytanych, czyli taki procent dokona zakupu. Na dodatek tylko mniejszego opakowania!

Można więc zaryzykować twierdzenie, że jeśli wszystkie opakowania na dostępnej dla dziecka półce są identycznej wielkości, dorosły częściej wybierze długie tłumaczenia lub marudzenie dziecka, niż zakup.

Jeśłi wielkości opakowań się różnią, częściej wybierze zakup mniejszej paczki, ponieważ w takim wypadku zadziała psychologiczny mechanizm marketingowy "drzwiami w twarz*", nieświadomie zastosowany przez malucha.

Wnioskując, w obu powyżej opisanych przypadkach zachowań dziecka i dorosłego otrzymamy wzrost sprzedaży produktu umieszczając część większych opakowań na półce dostępnej oczom i łapkom malucha.

Aha, jeśli któraś z większych firm wykorzysta moje spostrzeżenia i uzyska dzięki ich zastosowaniu w praktyce wzrost sprzedaży swoich produktów, oczekuję na godziwe honorarium za konsultację...

* Drzwiami w twarz - w uproszczeniu: wysunięcie wygórowanej, choć realnej propozycji, w zasadzie z góry skazanej na odrzucenie. Po jej odrzuceniu wysunięcie kolejnej, mniejszej, która ma wtedy większą szansę na przyjęcie. ---

Artykuł ze strony ember.pl - Biznes, ebiznes, marketing

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl